wtorek, 19 lipca 2011
"Zawód: fotograf: Chris Niedenthal

Fotografią interesowałam się zawsze umiarkowanie. Owszem, lubię robić zdjęcia, ale nie biegam wszędzie z aparatem, moje fotografowanie ogranicza się prawie wyłącznie do wyjazdów. Nie mam jakiegoś zaawansowanego technologicznie sprzętu ani wiedzy o tym, jak robić dobre zdjęcia - choć nad obiema tymi kwestiami nieco ubolewam. Zawsze jednak wydawało mi się, że zawdód fotografa musi być interesujący. Teraz, po lekturze książki Niedenthala, utwierdziłam się w tym przypuszczeniu :-)

Sama książka nie jest arcydziełem literatury. Jest napisana bardzo prostym językiem, nieraz nawet odnosiłam wrażenie że niezbyt dobrze zredagowanym. Ale pomimo tych niedociągłości, czyta się ją bardzo dobrze. No i cudownie się ją ogląda, jest bogato ilustrowana zdjęciami. Zdjęciami, które nagle okazały się mi bardzo znajome, choć przed lekturą tej książki nie wiedziałam w zasadzie kim jest Chris Niedenthal i nie umiałabym przypisać mu autorstwa żadnego znanego zdjęcia. A tu nagle taka niespodzianka: to on zrobił najsławniejsze zdjęcie z okresu stanu wojennego, w którym na pierwszym planie widać czołg, a z tyłu kino Moskwa z reklamą filmu "Czas Apokalipsy":

Albo te niezapomniane puste haki w sklepie mięsnym:

Te zdjęcia - które nieraz wcześniej widziałam - nagle mogłam odczytać na nowo. Mogłam dowiedzieć się, jak wyglądały okoliczności, w których powstały, jak musiał się natrudzić ich autor, żeby daną scenę uwiecznić, jak potem przekazywał filmy do zagranicznej prasy. Książka jest kopalnią ciekawych anegdot, głównie z okresu PRLu oraz transformacji (w całym bloku wschodnim). Bardzo interesujące są też losy samego autora, syna polskich emigrantów, który zdecydował się w specyficznym okresie historycznym opuścić Wielką Brytanię i zamieszkać w Polsce, kraju który zawsze uważał za swoją ojczyznę, choć wcześniej nie znał go dobrze,  spędzał tu jedynie w dzieciństwie wakacje nad morzem.

Zainteresowanych lekturą lojalnie uprzedzę tylko, że fajne, bogato ilustrowane wydanie książki ma też swoją złą stronę - książka waży chyba ze dwa kilo i trzeba mieć naprawdę dużo miesjca w torbie/plecaku, żeby się zmieściła ;-)

piątek, 08 lipca 2011
"Czas pogardy", "Chrzest ognia", "Wieża jaskółki", "Pani Jeziora" Andrzej Sapkowski

Tak jak pisałam wcześniej, ani znawczynią ani fanką fantastyki nie byłam nigdy. Ale muszę przyznać, że całą sagę przeczytałam z zainteresowaniem. Choć tomy - w moim odczuciu - równe nie są. Oczywiście to kwestia tego, czego się w nich szuka. I o czym lubi się czytać. Więc na pewno np. tom trzeci, w którym bohaterowie idą, idą, idą oraz dla odmiany jeszcze idą ma swoich wiernych miłośników. Mnie zdecydowanie bardziej podobały się te, których konstrukcja była ciekawsza, np. tom czwarty, który przede wszystkim był w interesujący sposób opowiedziany.

Po przeczytaniu całości wciąż podtrzymuję moje pierwsze wrażenie, że nie jest łatwo się odnaleźć w ilości postaci i w złożoności opisów topograficznych. Ale jakoś można się z tym uporać :-)

W moim odczuciu trochę za mało jest w tej sadze humoru. Nie chciałabym bynajmniej zrobić z niej śmiesznej komedyjki, ale jak na tyle wątków, które się pojawiają, nieco więcej powinno wywoływać uśmiech na twarzy czytelnika.

No i okładki mi się w ogóle nie podobają. Dlatego do tego wpisu dodaję tylko jedną.

Przede mną jeszcze dwa "wprowadzące" tomy z opowiadaniami. żeby jednak nie było, przeczytałam jużż "alternatywne" zakończenie sagi. Chyba nie do końca rzeczywiście do niej pasujące. Chociaż i to, które jest mogłoby być nieco inne...


"Dzisiaj narysujemy śmierć" Wojciech Tochman

Cieniutka książka, zaledwie 150 stron. 150 stron od których trudno się oderwać. Choć jednocześnie momentami chciałoby się rzucić książkę w daleki kąt i zapomnieć o tym, że jest. Że zdarzenia, które są w niej opisane wydarzyły się naprawdę.

Reportaże Wojciecha Tochmana o Rwandzie, to jedno z moich pierwszych bliższych spotkań z ludobójstwem w Rwandzie. Oczywiście o wydarzeniach, jakie rozegrały się między Tutsi a Hutu wiedziałam. Ale żeby wiedzieć o co tam chodziło? Albo jak to się zaczęło? Tego nie wiedziałam. I zastanawiam się, czy może jednak bez tej wiedzy nie było mi trochę lepiej, bo ciężko jest się pogodzić z tym, że można było dopuścić do takich okropności.

Tochman rozmawia z ocalałymi - zarówno z tymi z jednej, jak i z drugiej strony. Opowiedziane historie są przerażające i przejmujące. Tak samo jak przerażająca i przejmująca jest obecna sytuacja w Rwandzie, kilkanaście lat po tamtych wydarzeniach, kiedy z konsekwencjomminionych zdarzeń wszyscy muszą codziennie stawić czoła.

Lektura z pewnością nie lekka, ale warta przeczytania.

poniedziałek, 27 czerwca 2011
"Krew elfów" Andrzej Sapkowski

Jeśli chodzi o fantastykę, to jestem ignorantką - nie czytałam do tej pory nic. Probowałam dawno, dawno temu sięgnąć po "Władcę pierścieni", ale po kilkudziesięciu stronach zrezygnowałam.

O czym książka jest pisać nie będę, bo pewnie każdy zainteresowany tematem doskonale wie (to tylko ja jestem taka niezorientowana w temacie...), a jesli ktoś nie wie, to i tak nakreślenie głównego wątku nic nie da. Pozostanę więc tylko przy podzieleniu się moimi odczuciami.

Moje nastawienie przed lekturą było dość obojętne. Nie wiązałam z książką żadnych dużych nadziei ale nie sięgałam też po nią z nastawieniem negatywnym. 

Sposób, jaki opowiedziana jest historia mi się spodobał. Język jest barwny, sporo się dzieje, jest dużo cofnięć w czasie, które sprawiają, że cała fabuła staje się wciągająca. 

To, co mi - niewprawionej w takiej literaturze - sprawiało kłopot, to zrozumienie realiów: odnalezienie się w geografii, w tych różnych królestwach i księstwach, w tych władcach i dziwnych wojnach. No i w nadprzyrodzonych właściwościach bohaterów - co który potrafi robić i na czym to wszystko polega.

Ale po kolejne tomy sięgnę, zobaczę jak mi się będzie dalej to czytać :-)

piątek, 10 czerwca 2011
"Saturn" Jacek Dehnel

Nie wiedziałam, o czym będzie ta książka. Przeczytałam tylko to, co było napisane na jej okładce. A tam nie napisali, że to losy mężczyzn z rodziny Goya... Ani że historią, która w jakimś stopniu zachęciła Dehnela do napisania tej książki była publikacja pewnego historyka sztuki, który poddał w wątpliwość przypisanie autorstwa cyklu czarnych fresków Francisco Goi, sugerując, że ich prawdziwym twórcą był jego syn, Javier. Z jednej strony więc lektura mogła mnie bardziej zaskawiwać, z drugiej jednak niektóre rzeczy zrozumiałam dopiero, jak przeczytałam posłowie...

Nie sposób nie zwrócić w pierwszej kolejności uwagi na narrację "Saturna". Nie mamy tu do czynienia z jednym narratorem, lecz z trójką - historie opowiadane są przez Francisco, jego syna i jego wnuka. Te same zdarzenia ukazane są przez pryzmat różnych doświadczeń, różnych charakterów, różnego spojrzenia na świat. I fantastycznie ukazują relacje wśród męskich członków rodziny. Relacje skomplikowane. Nawet bardzo skomplikowane. Przepełnione żalem, złością i wzjamnym rozczarowaniem. Fransisco łączył z synem olbrzymie nadzieje, było to jego jedyne dziecko, któremu dane było przezyć. Ale nie umiał nawiązać z Javierem żadnej sensownej relacji. Z czasem zaczął go uważać za bezwartościowego nieudacznika, co dosyć dobitnie mu okazywał. Javier z kolei nie umiał porozumieć się ze swoim synem, w którym Francisco upatrywał się ostatniej szansy na podtrzymanie wartości swego nazwiska i rodziny. Równocześnie jednak gdzieś na głębszym poziomie można zauważyć, że w relacjach tych jest zaszyty podziw i szacunek dla drugiej strony, ale bohaterowie w żaden sposób nie umieją go okazać. Ani nie chcą próbować.

Rodziały z fabułą porozdzielane są krótkimi rozdziałami ukazującymi poszczególne dzieła z cyklu fresków Goi, są też reporodukcje, choć przyznam że ich jakość nie jest zbyt dobra i lepiej obejrzeć je w kolorze.

"Saturn" czytało mi się dobrze, ale nie wciągnął mnie i nie porwał tak bardzo jak "Lala". "Lala" zdecydowanie podobała mi się najbardziej spośród wszystkich książek Dehnela. I wciąż mam nadzieję, że w przyszłości Dehnel napisze książkę, która jeszcze raz tak samo mnie oczaruje :-)

17:58, karolina_kozlowska , Literatura polska
Link Komentarze (2) »
sobota, 28 maja 2011
"Zła krew" Grzegorz Gortat

Po książkę sięgnełam przede wszystkim dlatego, że jej akcja toczy się w latach 60-tych na łódzkich Bałutach. Jako rodowita łodzianka (oraz - przez kilka lat - mieszkanka Bałut, i choć nie do końca tych przedstawionych w książce, to jednak oddzielonych od opisanej okolicy zaledwie o kilka przecznic) bardzo byłam ciekawa, jak ta dzielnica zostanie w książce opisana.

Michał Bodler - bohater książki - to chłopiec mieszkający z matką w biednej kamienicy przy ulicy Ogrodowej. Na podwórku tej kamienicy rosły bzy. Pięknie kwitły i pachniały przez dwa tygodnie maja, ale - jak mówi Michał - dwa tygodnie to trochę za mało, skoro rok ma ich 52... Niestety taki jest obraz tej robotniczej Łodzi.... Teraz może sama Ogrodowa trochę się zmieniła, głównie dzięki Manufakturze (w której zresztą  - a ściślej mówiąc w zakładach Marchlewskiego, bo tak to się wówczas nazywało - pracowała mama Michała), ale inne okoliczne ulice pojawiające się w książce (Mielczarskiego, Cmentarna) niestety niewiele się zmieniły. No ale to nie wpis o tym, co myślę o tych straszących dziś okolicach miasta, tylko o książce...

Ojcier Michała był alkoholikiem, mającym problemy z prawem. Jego matka wciąż się boi, że w Michale odezwie się ta "zła krew" i w każdym zachowaniu syna, które choć trochę jej zdaniem odbiega od zachowania pożądanego, dopatruje się początków jego demoralizacji. A Michał to bardzo wrażliwy chłopiec, który zaczyna się wcześnie interesować literaturą (tego jego mama też nie do końca rozumie, jako że sama ma ukończonych tylko kilka klas podstawówki), niektórymi zagadnieniami historycznymi, a przede wszystkim - otaczająca go rzeczywistością, którą w skrupulatny sposób opisuje.

Jednym z wazniejszych wątków jest wątek żydowski, mający różne oblicza: przyjaźni Michała z kolegą z klasy, który wraz z rodzicami zmuszony jest opuścić Polskę w 1968, znajomości ze starym Żydem Johannem, ktorego sąsiedzi posądzają o wszelkie zło, które dzieje się w okolicy (łącznie z porwaniem dziecka - kiedy na chwilę ginie mała dziewczyna, niemal cała kamienica bojowo nastawiona idzie do domu Johanna co trochę nasuwa na myśl powojenne zdarzenia w Kielcach), historii jednej sąsiadki, która przygarnęła podczas wojny żydowskie dziecko. Zresztą znajomość Michała z Johannem jest ciekawa także dlatego, że Johann opowiada historię swojego życia, historię przedwojennej Łodzi oraz warszawskiej bohemy artystycznej, historię Oświęcimia...

Nie wiem na ile by mnie ta książka wciągnęła, gdybym nie szukała w niej cały czas znajomych miejsc. Ale myślę, że mimo wszystko też by mi się podobała - jest dobrze napisana, jest w niej sporo intersujących anegdot, czuć kliemat tych lat: pierwszy telewizor, który pojawił się w kamienicy, pierwszy samochód (oczywiście należący do człowieka partii), pierwszomajowy pochód ulicą Piotrkowską...

22:38, karolina_kozlowska , Literatura polska
Link Komentarze (2) »
piątek, 01 kwietnia 2011
"Kukułka" Antonina Kozłowska

To druga książka Antoniny Kozłowskiej, po którą sięgnęłam. I w mojej ocenie lepsza od "Czerownego roweru". Choć sięgałam po nią z pewną obawą - czy nie będzie zbyt banalna i płytka?

Tym razem mamy dwie bohaterki - Martę oraz Iwonę. Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że Marcie życie się powiodło - ma dobrą pracę, dość udany związek, ładne mieszkanie na nowym warszawskim osiedlu. Ale nie ma dziecka... Po kilku poronieniach myśl o dziecku staje się coraz bardziej obsesyjna. Marta za wszelką cenę chce dołączyć do grona Matek. Przepustką do tego świata ma być Iwona...

Iwona, której w życiu nie poszczęściło - z powodu ciąży nie udało się jej skończyć studiów, w jej małżeństwie, początkowo nawet dość udanym, zaczęły pojawiać się problemy finansowe, które doprowadziły ostatecznie do jego rozpadu. Decyduje się zostać surogatką by polepszyć swoje życie - by kupić choremu na astmę synkowi leki, by ubrać córeczkę w ładne, modne rzeczy tak, by nie odróżniała sie od innych dziewczynek w klasie, by móc kupić dzieciom ładne prezenty na święta.

Oczywiście nie wszystko jest jednak takie proste... Można z pewnościa zarzucić autorce przewidywalność fabuły. Ale mimo wszystko jest dość dobrze skonstruowana, bohaterki nie są wcale takie banalne. No i niewątpliwie książka porusza parę ważnych kwestii - poza samymi konsekwencjami, do jakich może małżeństwo doprowadzić niemogąca się zrealizować chęć posiadania potomstwa, także kwestie niewystarczających regulacji prawnych czy opieki szpitalnej i sytuacji kobiet na rynku pracy.

Mnie się podobało :-)

 

poniedziałek, 10 stycznia 2011
"Trzy rozmowy Teresy Torańskiej"

Znalazłam książkę wśród świątecznych prezentów pod choinką :-)

Trzy rozmowy z ocalonymi z Zagłady.

Każda z nich zupełnie inna.

Pierwszą, najobszerniejszą, Teresa Torańska odbyła z Michałem Bristigerem. Urodzony na początku lat 20 w Jagielnicy na Podolu, przed wojną zaczął studia medyczne. Dokończył je po wojnie. Jednak to nie medycyną, ale muzyką postanowił się w życiu zająć. Ukończył muzykologię, obecnie jest profesorem. Jego rozmowa z Teresą Torańską koncetruje się wokół przeżyć wojennych - jest to niezwykła opowieść o tym, jak udało mu się najpierw przetrwać pierwsze wojenne lata we Lwowie, a następnie w 1943 przedostać z Ukrainy do Włoch.

Rozmowa druga z Michałem Głowińskim, profesrorem Instytutu Badań Literackich PAN w mniejszym stopniu dotyczy jego przeżyć wojennych (a był on wraz z rodziną przesiedlony w 1940 roku do getta warszawskiego, udało mu się uciec na stronę aryjską w 1943 r.), skupia się raczej na sytuacji Żydów we wczesnych latach PRLu. W dużym stopniu jest to analiza języka, jakim się wówczas posługiwano, w jaki zwracano się do Żydów i w jaki o nich pisano i mówiono.

Ostatnia część to rozmowa z Adamem Danielem Rotfeldem, byłym ministrem spraw zagranicznych. Dotyczyła jego dzieciństwa a także okresu powojennego - studiów, pracy, pierwszych sukcesów zawodowych, prób zwerbowania na TW.

Ta ostatnia rozmowa podobała mi się najbardziej. Może dlatego, że losy Adama Rotfelda były tak interesujące. Jednak wszystkie rozmowy oceniam jako bardzo dobre. Choć, poza ostatnim rozmówcą, postaci z którymi rozmawiała Torańska nie były mi wcześniej znane. Ale to nie o to chodzi, żeby czytać rozmowy z ludźmi znanymi, tylko z osobami ciekawymi, które mają coś do opowiedzenia. A takimi osobami są z pewnością bohaterowie tych rozmów :-)

wtorek, 04 stycznia 2011
"Ballada o dobrym dresiarzu" Marek Kochan

Tak naprawdę, to wpis powinien się znaleźć na blogu jeszcze z zeszłoroczną datą, ale jakoś pod koniec roku na pisanie mi się nie zebrało...

"Ballada o dobrym dresiarzu" to zbiór opowiadań, które łączy to, że bohaterem każdego z nich jest osoba(osoby) w większym lub w mniejszym stopniu związana z Warszawą. Bardzo liczyłam na to, że bohaterem będzie też samo miasto (bowiem o miastach czytać lubię bardzo), ale niestety nie...

Poziom opowiadań nie jest równy. Ze dwa naprawdę mi się bardzo podobały i z czystym sumieniem mogę je polecić. Większość jest przeciętna, a kilka jest po prostu nudna i słaba.

Kochan stara się w jak największym stopniu pisać "językiem ulicy" - bohaterami opowiadań, jak sam tytuł wskazuje, często są dresiarze. Niezbyt mi taka narracja przypadła do gustu. Być może jest ona wiernym odzwierciedleniem języka, jaki w tych grupach się używa, nie wiem, nie mam na szczęście z takim językiem na co dzień kontaktu ;-)


18:40, karolina_kozlowska , Literatura polska
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 listopada 2010
"Miłość nad rozlewiskiem" Małgorzata Kalicińska

 

Dwa pierwsze tomy mi się podobały. Takie czytadełko, ale z klimatem. Miałam momentami ochotę zamknąć oczy i przenieść się nad to rozlewisko, usiąść w tej kuchni pełnej zapachów robionych właśnie przetworów…  Ale trzy części to już moim zdaniem za dużo. W ostatniej nie odnalazłam tego, co tak podobało mi się we wcześniejszych.

Nie chcę się rozwodzić nad tym, co mi się konkretnie w tej książce nie podobało. To po prostu o jeden tom za dużo.

 

 
1 , 2

PustaMiska - akcja charytatywna