niedziela, 30 stycznia 2011
"Najdłuższa podróż do domu" John Grogan

Druga autobiograficzna powieść autora "Marley i ja" jest moim zdaniem bardzo udana. Tym razem John Grogan nie opowiada już o zabawnych perypetiach swojego labradora, lecz koncentruje się na swoich relacjach z rodzicami. Relacjach wcale nie łatwych.

Rodzice Grogana byli niezmiernie religijni, ich głównym celem życiowym było wychowanie swojej czwórki dzieci na dobrych katolików. A John już podczas swojej pierwszej spowiedzi świętej (opisanej zresztą z dużą dawką humoru - podobnie jak i inne historie) przekonał się, że trwanie w wierze i stosowanie się do wszystkich przykazań kościoła jest dla niego zbyt dużym wyzwaniem...

Opowieści o szkolnych problemach, wygłupach z kolegami, przekraczaniu różnych granic (pierwszy - niezbyt udany - pocałunek, pierwszy zakup paczki papierosów, pierwszy skręt), następnie o czasach studiów, pracy, małżeństwie, pojawieniu się na świecie dzieci - na każdym etapie autor musiał dokonywać wyborów, które stały w sprzeczności z tym, czego oczekiwaliby od niego rodzice. Jednocześnie zdanie rodziców nigdy nie przestało być dla niego ważne; nie chciał ich zawieść, ale chciał żyć po swojemu. I nie zawsze wiedział, jak te dwie rzeczy połączyć.

Całość napisana jest z humorem - nawet w dość wzruszającej ostatniej części, która opowiada o chorobie i śmierci ojca, nie ma wymuszonego patosu. Książkę czyta się bardzo dobrze, Grogan ma umiejętność zamknięcia ważnych i skomplikowanych tematów w krótkich, zabwnych anegdotach. Polecam.

 

poniedziałek, 13 września 2010
"Middlesex" Jeffrey Eugenides

Napisana z epickim rozmachem porywająca powieść o poszukiwaniu tożsamości. Nie tylko – jak w przypadku głównego bohatera/bohaterki, narratora powieści – tożsamości płciowej. Ale także tożsamości narodowej i kulturowej.

Trzy pokolenia – wiele historii. Poznajemy zaskakujące losy rodziny Stephanidesów – począwszy od losów Desdemony i Leftiego, którzy wyemigrowali do Ameryki na początku XX wieku. Opuścili swą ojczyznę jako rodzeństwo, zawitali do Ameryki jako małżeństwo. W Nowym Świecie rozpoczęli nowe życie, w którym zmierzyć się musieli przede wszystkim ze swoją własną przeszłością. Śledzimy ich losy na tle rozwijającego się Detroit. Bardzo podobał mi się sposób, w jaki w treść powieści wplecione jest to fascynujące tło społeczne, w szczególności koncepcja tygla kulturowego Henry’ego Forda – pracownicy jego fabryki, emigranci z różnych zakątków świata uczą się angielskiego, zdają egzamin z języka i biorą udział w przedstawieniu, w którym w symboliczny sposób stają się Amerykanami („przetapiają się” w Amerykanów w melting pot, do którego wchodzą z symbolami narodowymi swoich krajów pochodzenia, a z którego wychodzą dzierżąc w dłoni flagę amerykańską). Obserwujemy potem Detroit w czasach prohibicji, wojny, konfliktów na tle rasowym, rewolucji kulturowej z 1968 r. No i poznajemy kolejnych bohaterów – dzieci Desdemony i Leftiego i ich wnuki. Najważniejsza jest oczywiście Calliope – czy właściwie Cal, jak z czasem zacznie siebie nazywać - hermafrodyta z syndromem braku 5-alfa-reduktazy, wychowana jako wypragniona przez rodziców dziewczynka, z czasem odkrywająca tajemnicę, jaką skrywają jej geny. Musi podjąć decyzję, kim chce być i jakie chce wieść życie – jako kobieta, czy jako mężczyzna.

Książka ma bardzo intrygującą narrację, która po części jest zasługą tłumaczenia, a w zasadzie samego języka polskiego – narrator musi bowiem przybrać rodzaj, mówi o sobie w formie męskoosobowej, nawet gdy opisuje swoje dzieciństwo, które przeżył jako dziewczynka.

Polecam :-)

poniedziałek, 23 sierpnia 2010
"Skradzione dziecko" Keith Donohue

Już po lekturze tej książki zaczęłam czytać różne jej recenzje. I niestety mnie ta historia nie porwała tak, jak inne osoby, których refleksje o „Skradzionym dziecku” przeczytałam. Nie jest tak, żeby książka mi się w ogóle nie podobała – dobrze mi się ją czytało, ale nie zatopiłam się w niej „bez reszty”.

Temat i sposób napisania na pewno są bardzo ciekawe. Jest to baśniowa opowieść o kształtowaniu się tożsamości, o poszukiwaniu i poznawaniu samego siebie. A literalnie o chochlikach/leśnych duszkach/podmiankach – stworzeniach, które wykradają dzieci i zajmują ich miejsce w rodzinach. Najpierw śledzą upatrzone dziecko, uczą się wszystkiego, czego można o życiu dziecka się nauczyć, upodabniają się do niego fizycznie. A potem, gdy nadarzy się okazja, wykradają dziecko, sami zajmują jego miejsce, skradzione dziecko zaś zajmuje ich miejsce – zamienia się w chochlika i czeka na następną okazję, żeby za kilkadziesiąt lat ukraść życie innemu dziecku.

Książka ma dwóch bohaterów, których losy śledzimy równolegle – chłopca Henry’ego, który zostaje wykradziony przez chochliki i rozpoczyna z nimi leśnie życie już jako Aniday, oraz chochlika, który zaczyna żyć życiem Henry’ego, z czasem jednak pragnie dowiedzieć się jak najwięcej o swoim dawnym życiu, o tym kim był on sam zanim został wykradziony przez chochliki.

Może książka nie urzekła mnie dlatego, że nie przepadam za takim gatunkiem literackim, zdarzają się wątki fantasy, które mi się podobają, ale należą one do rzadkości – trudno mi się w takim magicznym świecie odnaleźć, nie potrafię utożsamić się z bohaterami. Dlatego czytając „Skradzione dziecko” dobrze mi się czytało rozdziały w których narratorem był Henry (które bardziej przypominały rzeczywisty świat), ale już te, w których opowiadał Aniday były dla mnie mniej przystępne w odbiorze, nie działały na moją wyobraźnię tak, jak powinny.

czwartek, 05 sierpnia 2010
"Intruz" Stephenie Meyer

Jest coś takiego w książkach tej autorki, że bardzo dobrze się je czyta – choć tematyka by nie zawsze na to wskazywała. Ale są po prostu dobrze napisane, akcja rozwija się w taki sposób, że ciężko jest momentami odłożyć książkę na bok. Tak jest również w przypadku „Intruza”. Gdyby ktoś powiedział mi wcześniej, że książka o tym, jak istoty pozaziemskie opanowują Ziemię mi się spodoba, to raczej bym go wyśmiała.

Na okładce „Intruza" czytamy: "Przyszłość. Nasz świat opanował niewidzialny wróg. Najeźdźcy przejęli ludzkie ciała oraz umysły i wiodą w nich na pozór niezmienione życie. W ciele Melanie - jednej z ostatnich dzikich istot ludzkich zostaje umieszczona dusza o imieniu Wagabunda. Wertuje ona myśli Melanie w poszukiwaniu śladów prowadzących do reszty rebeliantów. Tymczasem Melanie podsuwa jej coraz to nowe wspomnienia ukochanego mężczyzny, Jareda, który ukrywa się na pustyni. Wagabunda nie potrafi oddzielić swoich uczuć od pragnień ciała i zaczyna tęsknić za mężczyzną, którego miała pomóc schwytać. Wkrótce Wagabunda i Melanie stają się mimowolnymi sojuszniczkami i wyruszają na poszukiwanie człowieka, bez którego nie mogą żyć."

Początek powieści był nieco dziwny. Może tylko dla mnie – nie czytam w zasadzie w ogóle książek science fiction, więc opis nowego ładu panującego na Ziemi był dla mnie w pierwszej chwili trudny do ogarnięcia, nie mogłam się zorientować jak te dusze sobie poradziły z opanowaniem planety, jak funkcjonują, na czym to wszystko polega i komu „kibicować”. Ale tak koło 40 strony wszystko już było jasne, a rozkręcająca akcja wydawała mi się coraz bardziej interesująca. Czytałam gdzieś, że ta książka Stephenie Meyer jest uważana za dzieło bardziej dojrzałe od sagi „Zmierzch”. Nie wiem, czy podpisałabym się pod tą opinią – bohaterowie są po prostu nieco starsi, ale tematyka jest ogólnie tak samo niewiarygodna jak w poprzednich utworach. Akcja jest może ciut bardziej skomplikowana, więc jest może jakieś grono młodszych czytelników, które by się szybciej zraziło. Ale ogólnie to jakiejś „dojrzałości” to ja w tej książce nie widzę. Co nie znaczy, że mi się nie podobała ;-) Jeśli kogoś nie odstrasza tematyka, to na lato jest to na pewno fajna lektura. Zresztą na deszczowe jesienne popołudnie pewnie też :-)

PustaMiska - akcja charytatywna