wtorek, 21 grudnia 2010
"Miasto ślepców" Jose Saramago

Nie widziałam wczesniej filmu, ale bardzo lubię Gaela Garcię Bernala, więc może kiedyś, gdy nadarzy się okazja, sięgnę i po film. Szczególnie, że jestem ciekawa, jak ta - dość nietypowa - powieść została przeniesiona na duży ekran.

"Miasto ślepców" to opowieść o ludzkiej kondycji. W bliżej nieokreślonym mieście rozpoczyna się epidemia "białej ślepoty". Choroba bardzo szybko sie rozprzestrzenia, ataktuje prawie każdego kto miał styczność z chorym. Początek powieści jest typowy dla thrillerów - poznajemy bliżej kluczowe postaci historii i okoliczności, w jakich oni stracili wzrok. Główni bohaterowie jako pierwsi zapadli na tę dziwną chorobę i zostali poddani specjalnej kwarantannie - zamknięto ich w starym, opuszczonym szpitalu psychoatrycznym. Wkrótce miejscem tym zaczęły rządzić nowe reguły, które musieli ustalić sami chorzy.

Główny temat, czyli  mechanizm przejmowania władzy w ekstremalnych warunkach, nie jest ani nowy, ani wyjątkowy. Ale sposób, w jaki "Miasto ślepców" jest napisany, jest ciekawy.

Przez całą powieść nie poznajem imienia żadnego z bohaterów. Poznajemy ich myśli, lęki, jesteśmy świadkami najbardziej upokarzających chwil w ich życiu - nie musimy już poznawać ich imion, one stają się niepotrzebne. 

Pierwsza część naprawdę mnie wciągnęła. Druga już trochę mniej. No i zakończenie... Cóż, innego nie można sobie było wyobrazić :-)

Ogólnie myślę, że przeczytać warto, motywuje do chwili refleksji. Ale do listy ulubionych książek jej nie zapiszę.

czwartek, 16 grudnia 2010
"Matka ryżu" Rani Manicka

W ostatnim wpisie o "Ulicy tysiąca kwiatów" napisałam, że w moim odczuciu książka ta nie jest typową sagą rodzinną. Jest nią za to z całą pewnością "Matka ryżu" :-) Do tego też jest osadzona w egzotycznych dla nas klimatach, może nawet jeszcze bardziej egzotycznych niż japońska "Ulica..." - akcja rozgrywa się bowiem na Malajach. Rozpoczyna się w latach 30. XX wieku, a kończy w wieku XXI.

Centralną postacią powieści jest Lakszmi. Poznajemy ją jako młodą 14-letnią dziewczynę, która zmuszona jest wyjść za mąż za sporo starszego wdowca. Jest przekonana, że mężczyzna, którego poślubia, jest bogaty i zaradny, że zamieszkają w pięknym, dużym domu gdzie nie będzie jej niczego brakować. Okazuje się jednak, że Aja jest biednym urzędnikiem, raczej nieporadnym życiowo. Zamiast w pięknej willi Lakszmi musi zamieszkać w małym, drewnianym domku. Od razu do drzwi ich domu pukają wierzyciele, którym Aja winny jest pieniądze; na raty wydają prawie całą pensję. Ich rodzina bardzo szybko i systematycznie się powiększa, mając 19 lat Lakszmi ma już 6 dzieci. I staje się głową rodziny - potrafi się o wszystkich zatroszczyć i nawet w ciężkich czasach okupacji japońskiej zapewnić rodzinie przyzwoity poziom życia.

Właśnie - okupacja japońska... Przeżycia wojenne zmieniają losy całej rodziny. O okrucieństwie wojennym w Europie czytałam dużo, oczywiście wiedziałam, że w Azji musiało być podobnie, ale do tej pory o takich dramatycznych scenach z z azjatyckiej wojny nie czytałam.

Sama konstrukcja książki też jest ciekawa - narratorami poszczególnych rozdziałów są różni członkowie rodziny. Wszyscy opowiadają swoje historie dla Nisy - prawnuczki Lakszmi. Dzięki temu historie opowiedziane są z różnych punktów widzenia i stają się ciekawsze.

Nie do końca mi się tylko sposobało zakończenie, tak jakby autorka trochę nie miała na nie pomysłu. Ale ogólnie i tak polecam :-)

wtorek, 14 grudnia 2010
"Ulica tysiąca kwiatów" Gail Tsukiyama

Sięgając po tę książkę, nic o niej nie wiedziałam – nie czytałam żadnej recenzji, nie słyszałam ani słowa od znajomych. Zobaczyłam ją na bibliotecznej półce i zdecydowałam się ją wypożyczyć, bo zaintrygowała mnie jej egzotyka – japońska saga rodzinna, coś, z czym wcześniej nigdy nie miałam styczności.

Może wyrobiłam sobie zbyt duże oczekiwania, bo książka mnie trochę zawiodła. Przede wszystkim historii tej nie nazwałabym sagą rodzinną – saga kojarzy mi się z powieścią wielopokoleniową, pokazującą losy wielu członków rodziny. Tutaj akcja w zasadzie ogranicza się do przedstawienia historii dwóch braci. No i te postaci… Nie wiem, nie przekonały mnie, odniosłam wrażenie, że są zbyt ogólnie naszkicowane, płaskie, trochę nijakie, zabrakło mi wyraźniejszego rysu psychologicznego. Życie bohaterów jest pasmem dramatów i nieszczęść, w których chwile szczęścia czy spokoju są jedynie krótkim przerywnikiem – nawet jeśli jest to typowe dla życia Japończyków w tym okresie historycznym, to jednak skupienie tylu przykrości w życiu kilku zaledwie osób jest przytłaczające.

To, co mi się w książce bardzo podobało, to tło – Japonia, z jej wojenną i powojenną historią, kulturą – teatralnymi maskami i sumo, tradycyjnymi strojami, zwyczajami i przesądami. Jest to świetnie wplecione w akcję powieści, sprawia, że nabiera ona kolorytu.

"Posłaniec" Markus Zusak

Kiedy na bibliotecznej półce zobaczyłam „Posłańca”, sięgnęłam po niego zachęcona wcześniejszą lekturą „Złodziejki książek”.

„Posłaniec” to opowieść o 19-letnim Edzie, mieszkającym w prowincjonalnym australijskim miasteczku taksówkarzu, który nie oczekuje od życia zbyt wiele i nie ma dużych aspiracji. Mieszka w małym domku razem ze swoim starym psem, z którym codziennie pija kawę (tak, tak – pies musi mieć swoją porcję, mocno osłodzoną, którą z apetytem pochłania), ma czworo przyjaciół, problemy z relacjami rodzinnymi.

Wszystko się zmienia, gdy któregoś dnia staje się świadkiem niezbyt udanego napadu na bank. Wkrótce w jego życiu zaczynają się dziać dziwne rzeczy – na kartach do gry otrzymuje zadania, które ma zrealizować, a właściwie to zagadki, które mają go naprowadzić na osoby, którym ma pomóc. Przy okazji Ed uczy się poznawać siebie i zmieniać swoje życie.

Książka mi się podobała, ale mnie nie zachwyciła – nie intrygowało mnie wcale od kogo Ed dostaje kolejne karty z zadaniami oraz po co je dostaje a samo rozstrzygnięcie na koniec mnie nie zaskoczyło. Za to podobał mi się język, jakim Zusak opisał historię, ogólnie bardzo miło i przyjemnie się książkę czytało.

wtorek, 23 listopada 2010
"Siostra mojego serca" Divakaruni Chitra Banerjee

Jest to kolejna książka, po której przeczytaniu ciśnie mi się od razu myśl "jak to dobrze, że urodziłam się w takiej a nie w innej kulturze". Choć Indie, gdzie toczy się większa częśc akcji powieści, to niezwykle ciekawy kraj i chciałabym go kiedyś odwiedzić, to jednak zdecydowanie losu bohaterek "Siostry mojego serca" - Andżu i Sudy - podzielić bym nie chciała. Podobnie jak losu innych kobiet, które tak jak one, nie mogą stanowić o swoim życiu w taki sposób, jaki nam wydaje się oczywisty.

Jest to opowieść o przyjaźni tak silnej, że można się dla niej wyzbyć własnego szczęścia, o trudnej miłości kobiety i mężyczyzny, o problematycznych związkach damsko-męskich, o miłości matki do swojego dziecka, o więzach rodzinnych i znaczeniu rodzinnego wsparcia, o nakazach i normach kulturowych... I jeszcze zapewne o wielu innych rzeczach, których wymieniać już tu dalej nie będę. A to wszystko przedstawiają nam dwie bohaterki-narratorki, które naprzemiennie roztaczają przed czytelnikiem opowieść o swoim życiu.

Suda i Andżu są kuzynkami, od urodzenia mieszkają razem i są wychowywane przez trzy kochające je, samotne kobiety. Ich ojcowie zginęli przed ich narodzinami w niewyjaśnionych do końca okolicznościach. Opowieści o ojcu zaważą na dalszym życiu i decyzjach Sudy, która będzie chciała odkupić winy swojego ojca. Akcja rozkręca się wraz z dorastaniem dziewcząt, koniecznością zawarcia przez nie małżeństw i wkroczeniem w nowe rodziny mężów, gdzie czekają je rozliczne problemy i dylematy...

Całość czyta się dość dobrze, książka zdecydowanie ma swój klimat.



sobota, 13 listopada 2010
"Kto zabił Palomina Molero?" Mario Vargas Llosa

Wbrew pozorom to nie ostatnio przyznana nagroda Nobla była powodem, dla którego sięgnęłam po tę książkę. Już od dawna miałam ochotę poznać twórczość tego autora nieco bardziej, wcześniej miałam okazję przeczytać "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki", które bardzo mi się podobały, od kilku miesięcy stoi u mnie na półce "Rozmowa w katedrze", ale jest dość gruba i ciężka i wolałam sobie wybrać do torebki coś bardziej poręczniejszego. Trafiło na "Kto zabił Palomina Molero?" - chyba do końca szczęśliwy wybór to nie był.

Miała to być nietypowa powieść detektywistyczna - sprawa makabrycznego zabójstwa młodego śpiewaka boler, prowadzona przez dwóch charakterystycznych policjantów: mistrza dedukcji Silvę oraz jego asystenta Litumę. Mistrza dedukcji wyobrażałam sobie inaczej - Silva mnie całkowicie zawiódł. Czytając powieść miałam wrażenie, że udaje mu się dojść do pewnych konkluzji zupełnie przypadkiem, nie zaś za sprawą wyjątkowego intelektu. Sama zagadka zabójstwa opisana została w taki sposób, że trudno mi się było wciągnąć - choć książka ma zaledwie 150 stron (wydawałoby się, że taki cieniutki kryminał pochłania się na jednym wdechu...).

To, co mi się w "Kto zabił Palomina Molero?" podobało, to sam klimat powieści, sposób, w jaki zarysowane zostało tło społeczne, bariery klasowe i etniczne. Podsumowując: można przeczytać, ale nie zachwyca...

piątek, 12 listopada 2010
"Dziękuję za wspomnienia" Cecelia Ahern

Nie czytałam ani nie widziałam ekranizacji „P.S. Kocham Cię”. „Dziękuję za wspomnienia” to mój pierwszy kontakt z tą aktorką. Niezbyt udany…

Książka opowiada o Joyce, kobiecie która po stracie ciąży postanawia zmienić swoje życie i zakończyć niezbyt udane małżeństwo. Joyce zaczyna odkrywać, że posiada wiedzę o rzeczach, którymi nigdy się nie interesowała – jak z rękawa sypie anegdotkami o architekturze, historii sztuki. W snach przeżywa nieswoje wspomnienia, pamięta numery telefonów do osób, których nigdy nie poznała. Wszystko to, co czuje i pamięta, zaczerpnięte jest z życia Justina. Zarówno jej, jak i jego życie, wypełnia się dziwnymi zbiegami okoliczności, co ostatecznie musi oczywiście doprowadzić do ich zbliżenia…

Opowiadana historia mnie nie wciągnęła bo była do bólu przewidywalna. Nie było w niej żadnych zabawnych wątków, które mogłyby dodać jej uroku. Ot takie sobie, bardzo przeciętne czytadło.

"Desiree czyli czas próby" Heidi Hassenmueller

To, co przy lekturze tej książki jest niesamowite, to świadomość, że historia nastoletniej Desiree jest historią autentyczną. Że ta dziewczyna, którą spotkało w życiu tyle nieszczęść, żyje i potrafi optymistycznie patrzeć na świat.

Życie Desiree, do pewnego momentu, układało się tak, jak przeciętne życie nastolatki – szkoła, przyjaciele, problemy z porozumieniem z rodzicami. Desiree poznała chłopaka, w którym szaleńczo się zakochała i z którym przez długi okres wymieniała listy. Bała się jednak o jego istnieniu powiedzieć rodzicom, którzy traktowali ją cały czas jak małą dziewczynkę. Nie zdążyła przedstawić im Dennisa – chłopak zginął w wypadku samochodowym. Kiedy wydawało się, że Desiree otrząsa się po tym przeżyciu, okazuje się, że zaczyna mieć problemy z chodzeniem. Błędne diagnozy lekarskie powodują, że z czasem na pomoc jest już za późno. A to nie koniec nieszczęść, jakie dotykają dziewczynę…

Nie sposób podczas lektury nie zadać sobie pytania: dlaczego tyle złych rzeczy spotyka Desiree? I jak ona to robi, że potrafi się z tym wszystkim uporać?

Polecam.

"Miłość nad rozlewiskiem" Małgorzata Kalicińska

 

Dwa pierwsze tomy mi się podobały. Takie czytadełko, ale z klimatem. Miałam momentami ochotę zamknąć oczy i przenieść się nad to rozlewisko, usiąść w tej kuchni pełnej zapachów robionych właśnie przetworów…  Ale trzy części to już moim zdaniem za dużo. W ostatniej nie odnalazłam tego, co tak podobało mi się we wcześniejszych.

Nie chcę się rozwodzić nad tym, co mi się konkretnie w tej książce nie podobało. To po prostu o jeden tom za dużo.

 

"Tektonika uczuć" Eric-Emmanuel Schmitt

Nigdy nie przepadałam za czytaniem dramatów, zawsze miałam wrażenie, że trzeba je – wystawione - obejrzeć w teatrze. Prawdopodobnie duża część „winy” spoczywa na doborze utworów, z którymi miałam styczność – lektur szkolnych, z dawno minionych epok, które w większości prawdopodobnie nawet w świetnej aranżacji teatralnej by mnie nie zachwyciły. Tym razem jednak sztuka mi się spodobała – niewielka objętościowo, dosłownie na pół godziny czytania, sprawiła, że może w przyszłości z nieco większym entuzjazmem będę spoglądać na ten gatunek :-)

Jest to historia dwojga zakochanych w sobie ludzi, których związek rozpada się ponieważ nie umieją otwarcie porozmawiać o swoich odczuciach, wydaje im się, że drobne kłamstwo może pomóc im sprawdzić, czy rzeczywiście są dla siebie ważni. Okazuje się jednak, że jedno kłamstwo pociąga za sobą kolejne. A raz wypowiedzianych słów nie daje się łatwo cofnąć.

Uczucia są przez autora porównane do płyt tektonicznych – niewielkie z pozoru ruchy mogą spowodować nieodwracalne zmiany i wywołać prawdziwe katastrofy.

Czy tematyka jest sztuczna i oderwana od rzeczywistości? Owszem, trudno sobie wyobrazić, żeby taka sytuacja wydarzyła się naprawdę. Ale nie oczekiwałam, że będzie to historia prawdopodobna, dlatego nie zaburzyło mi to przyjemności czytania i nie wpłynęło negatywnie na odbiór całości. Podobało mi się.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8

PustaMiska - akcja charytatywna