poniedziałek, 30 sierpnia 2010
"Zdesperowane kobiety postępują desperacko" Halina Pawlowska

Króciutka opowieść o Oldze i jej perypetiach z mężczyznami. Dobrze, że króciutka - gdyby była dłuższa istniałoby duże prawdopodobieństwo, że nie doczytałabym jej do końca.

Bohaterka nie miała szczęścia do mężczyzn. Jej mąż do końca jej nie akceptował, wstydził się tego, że pracuje w domu towarowym. Olga poszła więc na studia. To jednak nie uratowało ich relacji. Mąż ją zostawia, a ona - prawie 40-letnia kobieta - zatrudnia się w poradni psychologicznej.

Książka powinna być zabawna, ale mnie nie rozśmieszyła... Przeczytałam gdzieś, że dobrze jest opisane tło - czechosłowacka rzeczywistość. Ja tego jednak nie zauważyłam... Niestety.

 

piątek, 27 sierpnia 2010
"Chłopiec z latawcem" Kahled Hosseini

Byłam bardzo ciekawa tej książki, słyszałam o niej wiele dobrego. Filmu nie widziałam. Czytałam wcześniej „Tysiąc wspaniałych słońc” i bardzo mi się podobało. Ale chyba „Chłopiec z latawcem” wywarł na mnie jeszcze większe wrażenie.

Książka niesie ze sobą przede wszystkim potężny ładunek emocjonalny. Tak naprawdę powinnam o niej napisać dopiero za parę dni, kiedy trochę się zdystansuję. Bo teraz mam takie poczucie, że niewiele umiem o niej napisać.

Jest to przede wszystkim opowieść o tym, jak pogodzić się z tym, co się w przeszłości zrobiło, jak się zrehabilitować, także we własnych oczach, tak by móc ze spokojem zacząć patrzeć w przyszłość. O  przyjaźni w bardzo trudnych czasach przemian historycznych. O problemach z akceptacją społeczną, z akceptacją przez rówieśników. O tym, jak ciężko jest sprostać oczekiwaniom rodziców, szczególnie gdy oni sami nie są pogodzeni sami ze sobą. Jest to opowieść o przyjaźni dwóch chłopców – Amira i Hassana – przyjaźni, która nigdy wprost przyjaźnią nazwana nie była, choć chłopców łączyła bardzo głęboka więź. I o czynach, które zaważyły na całym ich dalszym życiu.

Podobnie jak w „Tysiącu wspaniałych słońc” podobał mi bardzo sposób, w jaki autor pisze o historii Afganistanu, w jaki konstruuje swoich bohaterów. Choć nie pisze wprost o emocjach, to właśnie emocje wybijają się na pierwszy plan. Czy jest to wyciskacz łez? Może, ale napisany w fantastycznym stylu.

czwartek, 26 sierpnia 2010
"Nie opuszczaj mnie" Kazuo Ishiguro

Z początku wydaje się, że jest to zwykła powieść o szkolnych przyjaciołach. Akcja rozgrywa się w angielskiej szkole z internatem, która na pierwszy rzut nie wyróżnia się niczym szczególnym. Z czasem okazuje się, że nie jest to zwykła szkoła i nie uczą się w niej zwykli uczniowie… Niby od pierwszych stron czuć, że musi się za tym wszystkim kryć jakaś tajemnica, ale jakiego rodzaju?

Nie chcę tej tajemnicy zdradzać, żeby nie odbierać przyjemności tym, którzy nie wiedzą kim naprawdę okazują się bohaterowie powieści a chcieliby książkę w przyszłości przeczytać :-)

Mnie po przeczytaniu „Nie opuszczaj mnie” nasuwa się jedno pytanie: jak to możliwe, że w tym alternatywnym świecie opisanym przez Ishiguro nikt tak naprawdę się nie buntuje i wszyscy tak łatwo godzą się ze swoim przeznaczeniem? Owszem, jakieś próby ucieczki od znanego wszystkim losu są, ale nie ma powszechnego sprzeciwu, każdy z bohaterów wręcz czeka na to, co ma go spotkać.

Książka porusza – poza kwestią przeznaczenia – także wiele innych ważnych kwestii. Opisuje świat widziany oczami dziecka, skomplikowane przyjaźnie, które niekoniecznie zawsze przepełnione są życzliwością. Jest też oczywiście zasygnalizowana w opisie na okładce miłość. I choć książka nie ma charakteru moralistycznego, to jednak po jej przeczytaniu nie sposób samemu sobie nie zadać pytania o to, czym jest moralność i jakie są jej granice.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010
"Skradzione dziecko" Keith Donohue

Już po lekturze tej książki zaczęłam czytać różne jej recenzje. I niestety mnie ta historia nie porwała tak, jak inne osoby, których refleksje o „Skradzionym dziecku” przeczytałam. Nie jest tak, żeby książka mi się w ogóle nie podobała – dobrze mi się ją czytało, ale nie zatopiłam się w niej „bez reszty”.

Temat i sposób napisania na pewno są bardzo ciekawe. Jest to baśniowa opowieść o kształtowaniu się tożsamości, o poszukiwaniu i poznawaniu samego siebie. A literalnie o chochlikach/leśnych duszkach/podmiankach – stworzeniach, które wykradają dzieci i zajmują ich miejsce w rodzinach. Najpierw śledzą upatrzone dziecko, uczą się wszystkiego, czego można o życiu dziecka się nauczyć, upodabniają się do niego fizycznie. A potem, gdy nadarzy się okazja, wykradają dziecko, sami zajmują jego miejsce, skradzione dziecko zaś zajmuje ich miejsce – zamienia się w chochlika i czeka na następną okazję, żeby za kilkadziesiąt lat ukraść życie innemu dziecku.

Książka ma dwóch bohaterów, których losy śledzimy równolegle – chłopca Henry’ego, który zostaje wykradziony przez chochliki i rozpoczyna z nimi leśnie życie już jako Aniday, oraz chochlika, który zaczyna żyć życiem Henry’ego, z czasem jednak pragnie dowiedzieć się jak najwięcej o swoim dawnym życiu, o tym kim był on sam zanim został wykradziony przez chochliki.

Może książka nie urzekła mnie dlatego, że nie przepadam za takim gatunkiem literackim, zdarzają się wątki fantasy, które mi się podobają, ale należą one do rzadkości – trudno mi się w takim magicznym świecie odnaleźć, nie potrafię utożsamić się z bohaterami. Dlatego czytając „Skradzione dziecko” dobrze mi się czytało rozdziały w których narratorem był Henry (które bardziej przypominały rzeczywisty świat), ale już te, w których opowiadał Aniday były dla mnie mniej przystępne w odbiorze, nie działały na moją wyobraźnię tak, jak powinny.

czwartek, 19 sierpnia 2010
"Ręka Fatimy" Ildefonso Falcones

Kiedy zobaczyłam tę książkę w księgarni, od razu wiedziałam, że bez niej nie wyjdę – „Katedra w Barcelonie”, poprzednia powieść tego autora, bardzo mi się podobała, lubię książki z tej serii wydawniczej, poza tym książka miała dość korzystna relację „cena-objętość” (wiedziałam, że czeka mnie kilka dni czytania – nieraz szkoda mi pieniędzy na książki, które są krótkie i wiem, że za szybko je przeczytam i odłożę na półkę).

Podobnie jak „Katedra w Barcelonie”, akcja toczy się w średniowiecznej Hiszpanii. Tym razem jednak tematem są konflikty na tle religijnym – główny bohater, Hernando, jest moryskiem, jednak jego ojcem był chrześcijański ksiądz (nie został jednak poczęty w wyniku namiętnej miłości, lecz gwałtu, którego dopuścił się duchowny). Jego odziedziczone po ojcu niebieskie oczy (na marginesie – z tego, co mi wiadomo, genetyka tak nie działa, żeby Hernando mógł odziedziczyć po ojcu niebieski kolor oczu, jeśli w rodzinie jego matki nikt nigdy niebieskich oczu nie miał) społeczności morysków cały czas przypominały, że nie jest on do końca jednym z nim, nosił przezwisko „nazarejczyk” i niejednokrotnie był uznawany za zdrajcę i sprzymierzeńca chrześcijan. Jednak on nigdy innego boga poza Allahem nie wyznawał i potajemnie pracował na rzecz swojej społeczności, realizując projekt, który w założeniu prowadzić miał do pogodzenia dwóch religii.

Opis, który wydawca zamieścił na obwolucie książki moim zdaniem może wprowadzić czytelnika w błąd:

Odrzucany przez chrześcijan, Hernando pragnie wolności i szacunku, jednak spotyka się tylko z agresją i brakiem zrozumienia. Po klęsce powstania mężczyzna zostaje deportowany do Kordoby. To właśnie tam, w pięknym, majestatycznym mieście, które wciąż zachowało arabskie wpływy, zakochany w czarnookiej Fatimie mężczyzna usiłuje rozpocząć nowe życie. Mimo brutalnej rzeczywistości, Hernando nie przestaje wierzyć w to, że dwoje ludzi należący do dwóch zupełnie odmiennych kultur mogą żyć ze sobą w zgodzie i pełnym zrozumienia szacunku.”

Można z niego wywnioskować, że to Fatima jest chrześcijanką, z którą Hernando próbuje sobie ułożyć życie pomimo, iż dzieli ich odmienność kultur – a to wcale nie jest tak. W życiu Hernanda pojawiają się trzy ważne kobiety…

„Ręka Fatimy” jest dość przyjemną lekturą, ale moim zdaniem jest sporo gorsza od „Katedry w Barcelonie”. Widać taki sukces literacki powtórzyć jest ciężko ;-)  Niektóre wątki autor mógłby z powodzeniem skrócić – książce momentami brakuje dynamizmu. Nie wciągnął mnie opis powstania Maurów w Alphurze – może to dlatego, że te zagadnienia z historii powszechnej nie były mi wcześniej bliżej znane. Niemniej jednak nie żałuję, że książkę kupiłam i przeczytałam.

środa, 11 sierpnia 2010
"Zielone drzwi" Katarzyna Grochola

Najnowsza książka Katarzyny Grocholi ma charakter autobiograficzny, choć czytając ją można momentami o tym zapomnieć – niby wiadomo, że „najdziwniejsze scenariusze pisze życie” (jak czytamy na okładce), a jednak ciężko sobie wyobrazić, że to wszystko zdarzyło się naprawdę, a nie jest tylko efektem wyobraźni pisarki.

Można podzielić tę powieść na trzy części. Pierwsza jest o dzieciństwie i młodości Grocholi. Jest wypełniona wieloma zabawnymi anegdotami z lat szkolnych – czyta się z uśmiechem na ustach. Od razu żałowałam, że w moim liceum nie było tylu godnych opowiedzenia śmiesznych zdarzeń … Druga część opowiada o chorobie autorki. I – jak się oczywiście łatwo domyślić – już zabawna nie jest. Trzecia część zaś poświęcona jest okresowi, w którym Grochola budowała swój dom – wiele zdarzeń z tego etapu zostało przez autorkę wykorzystanych przy pisaniu „Nigdy w życiu”, gdzie „pożyczyła” Judycie swoje wspomnienia związane z budową małego domku poza Warszawą. Zresztą wiele innych opowiedzianych w „Zielonych drzwiach” sytuacji z życia Grochola wykorzystała także w innych swoich powieściach, upodabniając bohaterów do siebie. A wydawało się, że to fikcja literacka ;-)

Książkę przeczytałam w jeden dzień, choć wcale tego nie planowałam. Ale jak już zaczęłam ją czytać, to jakoś ciężko mi się było oderwać. Wcześniej czytałam chyba ze dwie albo trzy książki Grocholi - ta była z nich zdecydowanie najlepsza :-)

wtorek, 10 sierpnia 2010
"Przedział dla pań" Anita Nair

Jak to dobrze, że nie urodziłam się w tradycyjnej bramińskiej rodzinie. To chyba pierwsza myśl, jaka nasuwa się po lekturze „Przedziału dla pań” – książki, której bohaterką jest 45-letnia Akhila, której sztywne normy społeczne nie pozwalają na odnalezienie szczęścia.

Akhila jest przede wszystkim starszą siostrą – to ta rola wyznacza jej miejsce w świecie. W chwili, kiedy umiera jej ojciec, Akhila musi zatroszczyć się o swoją rodzinę – matkę, dwóch braci i młodszą siostrę. Od tej pory to ich szczęście jest najważniejsze. Akhila podejmuje pracę by utrzymać rodzinę, rezygnuje z własnych marzeń i aspiracji, wydaje siostrę za mąż, żeni braci. Dla siebie samej nie może zrobić nic, musi troszczyć się o innych. Jest samotną kobietą, której konwenanse nie pozwalają na to, żeby zamieszkała sama – musi mieszkać najpierw z matką, a po śmierci matki ze swoją młodszą siostrą i z jej rodziną. Choć to ona pracuje, zarabia pieniądze. Kobieta jednak należy do mężczyzn – ojca, braci, męża…

Akhila boi się zadbać o siebie, boi się spróbować być szczęśliwa, bo to oznaczałoby, że musiałaby złamać tradycje. Postanawia jednak wybrać się w nocną podróż pociągiem. W przedziale dla pań spotyka pięć kobiet, które opowiadają jej historie swojego życia. Akhila słucha opowieści swoich współpasażerek (intymnych opowieści o miłościach, rozczarowaniach, niespełnionych nadziejach, wstydliwych sekretach, relacjach z mężczyznami) i próbuje odnaleźć w nich jakieś wskazówki jak postąpić z własnym życiem.

Konstrukcja powieści jest interesująca – historia życia Akhili przeplatana jest historiami życia towarzyszek podróży. Są to historie kobiet, które po prostu próbują być szczęśliwe. Ale nie zawsze im to wychodzi…

Tagi: Anita Nair
15:22, karolina_kozlowska , Literatura indyjska
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 sierpnia 2010
"Intruz" Stephenie Meyer

Jest coś takiego w książkach tej autorki, że bardzo dobrze się je czyta – choć tematyka by nie zawsze na to wskazywała. Ale są po prostu dobrze napisane, akcja rozwija się w taki sposób, że ciężko jest momentami odłożyć książkę na bok. Tak jest również w przypadku „Intruza”. Gdyby ktoś powiedział mi wcześniej, że książka o tym, jak istoty pozaziemskie opanowują Ziemię mi się spodoba, to raczej bym go wyśmiała.

Na okładce „Intruza" czytamy: "Przyszłość. Nasz świat opanował niewidzialny wróg. Najeźdźcy przejęli ludzkie ciała oraz umysły i wiodą w nich na pozór niezmienione życie. W ciele Melanie - jednej z ostatnich dzikich istot ludzkich zostaje umieszczona dusza o imieniu Wagabunda. Wertuje ona myśli Melanie w poszukiwaniu śladów prowadzących do reszty rebeliantów. Tymczasem Melanie podsuwa jej coraz to nowe wspomnienia ukochanego mężczyzny, Jareda, który ukrywa się na pustyni. Wagabunda nie potrafi oddzielić swoich uczuć od pragnień ciała i zaczyna tęsknić za mężczyzną, którego miała pomóc schwytać. Wkrótce Wagabunda i Melanie stają się mimowolnymi sojuszniczkami i wyruszają na poszukiwanie człowieka, bez którego nie mogą żyć."

Początek powieści był nieco dziwny. Może tylko dla mnie – nie czytam w zasadzie w ogóle książek science fiction, więc opis nowego ładu panującego na Ziemi był dla mnie w pierwszej chwili trudny do ogarnięcia, nie mogłam się zorientować jak te dusze sobie poradziły z opanowaniem planety, jak funkcjonują, na czym to wszystko polega i komu „kibicować”. Ale tak koło 40 strony wszystko już było jasne, a rozkręcająca akcja wydawała mi się coraz bardziej interesująca. Czytałam gdzieś, że ta książka Stephenie Meyer jest uważana za dzieło bardziej dojrzałe od sagi „Zmierzch”. Nie wiem, czy podpisałabym się pod tą opinią – bohaterowie są po prostu nieco starsi, ale tematyka jest ogólnie tak samo niewiarygodna jak w poprzednich utworach. Akcja jest może ciut bardziej skomplikowana, więc jest może jakieś grono młodszych czytelników, które by się szybciej zraziło. Ale ogólnie to jakiejś „dojrzałości” to ja w tej książce nie widzę. Co nie znaczy, że mi się nie podobała ;-) Jeśli kogoś nie odstrasza tematyka, to na lato jest to na pewno fajna lektura. Zresztą na deszczowe jesienne popołudnie pewnie też :-)

wtorek, 03 sierpnia 2010
"Cukiereczki" Mian Mian

Tym razem będzie dość krótko. Nie podobała mi się ta książka. Nawet się zastanawiałam, czy doczytać ją do końca, czy sobie darować. W końcu zdecydowałam się doczytać, bo gruba nie była i czytało się ogólnie dość szybko.

Jest to powieść o dziewczynie, która po samobójczej śmierci koleżanki postanawia rzucić szkołę. Poznaje chłopaka, w którym się zakochuje - muzyka, który nie stroni od narkotyków. Poznając znajomych Hong przyglądamy się różnym problemom społecznym - alkoholizmowi, narkomanii, prostytucji, związkom homoseksualnym, AIDS. Wydawać by się mogło, że książka jest ciekawa. Ale nie jest. Przynajmniej mi nie spodobał się sposób w jaki została napisana. Może wyrosłam już z opowieści o ćpaniu i piciu? Może kiedyś zrobiłoby to na mnie większe wrażenie? Może. Ale dziś uznałam to za nudne i nierozwijające. Choć na pewno jak na Chiny to tematyka jest bardzo odważna, więc nic dziwnego, że książki tam już kupić nie można...

Tagi: Mian Mian
22:10, karolina_kozlowska , Literatura chińska
Link Komentarze (1) »

PustaMiska - akcja charytatywna