czwartek, 29 lipca 2010
"Złodziejka książek" Markus Zusak

Choć tematyka powieści jest trudna i poważna, to sama książka napisana jest w lekki sposób, nie ma w niej martyrologii, nie ma zbędnego patosu.

Narratorem jest Śmierć (na marginesie: Śmierć ma tu rodzaj męski - w pierwszej chwili było to dla mnie zaskakujące, jako że samo słowo "śmierć" w naszym języku jest rodzaju  żeńskiego) - narrator jest wszechwiedzący, zna przyszłość wszystkich bohaterów i zdradza nam różne jej szczegóły wcześniej, niż to wynika z samej akcji. Bohaterką jest Liesel - w momencie rozpoczęcia akcji, w 1939 roku, ma 9 lat i jedzie wraz z mamą i młodszym bratem do rodziny zastępczej, do której z powodu zagrożenia jest zmuszona oddać jej mama. W czasie jazdy pociągiem młodszy brat Liesel umiera i musi zostać pochowany na najbliższej stacji, w obcym miejscu. Podczas pogrzebu dziewczyna podnosi i chowa upuszczoną przez grabarza książkę - jest to jej pierwsza ukradziona książka. Jest to książka, dzięki której jej przybrany ojciec Hans nauczy ją później czytać. I z pewnością nie jest to właściwa lektura dla małej dziewczynki - jest to podręcznik grabarza.

Nowa rodzina Liesel to Rosa i Hans Hubermannowie. Przybrana matka jest w stosunku do niej opryskliwa, nieprzyjemna. Nie znaczy to jednak, że los dziewczynki jej w ogóle nie obchodzi - nie potrafi jednak, lub nie chce, okazywać jej swych uczuć. Za to dziewczynka nawiązuje bardzo dobry kontakt z przybranym ojcem, który potrafi zrozumieć jej emocje i poświęca jej dużo uwagi. Liesel zaprzyjaźnia się z chłopcem z sąsiedztwa - z Rudym. Wspólnie grają w piłkę, wspólnie kradną - żywność (z głodu, nie dla zabawy), oraz książki z domu burmistrza. Zaprzyjaźnia się także z Maxem - Żydem, który ukrywa się w piwnicy Hubermannów.

Książka porusza wiele trudnych tematów - m.in. ból dziecka po stracie rodziców i brata, oswajanie się z nową rodziną, sytuację Niemców podczas drugiej wojny światowej (zwykłych cywili, którzy nie popierali Hitlera), naloty na niemieckie miasta, ukrywanie Żydów, los Żydów podczas wojny. A wszystko to w dość zaskakujący sposób, prosty w odbiorze. Na pewno jest to książka godna polecenia.

środa, 28 lipca 2010
"Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olga Tokarczuk

Po książki Olgi Tokarczuk sięgałam zawsze bardzo chętnie. Podobał mi się styl jej pisania, klimat powieści. Tej najnowszej także byłam bardzo ciekawa. Szczególnie że zapowiadało się, że będzie to coś trochę innego niż dotychczas - coś na kształt kryminału.

Choć książkę czytało się ogólnie dobrze, to jednak opowiedziana historia trochę mnie rozczarowała.

Bohaterką jest starsza kobieta, Janina Duszejko - miłośniczka Zwierząt (pisanych przez duże Z) i astrologii. Mieszka na odludziu, prowadzi raczej samotniczy tryb życia, raz w tygodniu jedzie do miasta (nie tylko zaopatruje się tam w potrzebne rzeczy, ale także pracuje w szkole - uczy małe dzieci angielskiego, stosując przy tym niekonwencjonalne metody). W zasadzie nie ma znajomych - odwiedza ją jedynie jej były uczeń, Dyzio, któremu pomaga tłumaczyć poezję i listy Blake'a. Ma tylko jednego sąsiada, który mieszka w jej okolicy na stałe - drugi ginie na samym początku lektury (zresztą i tak nigdy go nie lubiła, gdyż polował na zwierzęta). Pozostałe domy są zamieszkiwane tylko czasowo, w okresie letnim. Przez pozostały zaś czas pani Duszejko się nimi trochę opiekuje - codziennie robi obchód i sprawdza czy wszystko jest w porządku.

Bohaterkę poznajemy w chwili, gdy dowiaduje się o śmierci swojego sąsiada. Z czasem pojawiają się kolejne tajemnicze śmierci. Policja nie może wpaść na trop mordercy. Pani Duszejko stara się dać policji do zrozumienia, że te śmierci są zemstą zwierząt (wszystkie zamordowane osoby były myśliwymi, być może także kłusownikami). Pisze listy, w których swoją teorię popiera także astrologią, powołuje się także na historyczne rozprawy, w których oskarżonymi były zwierzęta (na marginesie – fragment, w którym opisane są sądowe rozprawy z udziałem zwierząt jest moim zdaniem jednym z najlepszych fragmentów książki). Policja początkowo uważa ją za niegroźną wariatkę, z czasem… Końca zdradzać nie będę, w końcu to jest niby kryminał ;-)

Nie odnalazłam w tej książce tej charakterystycznej atmosfery, którą znałam z poprzednich powieści Olgi Tokarczuk. Powiedziałabym, że „Prowadząc…” jest trochę mdła, bez wyrazu. Trochę za dużo jest odwołań do astrologii, którą nigdy się nie interesowałam – odczuwałam taki lekki dyskomfort, bo nie wiedziałam, czy czytam fikcję wymyśloną przez autorkę, czy rzeczywiście takie jest astrologiczne tłumaczenie różnych zjawisk.

Trochę irytujący jest taki prosty, czarno-biały obraz świata przedstawiony w tej książce – świat dzieli się na dobrych miłośników zwierząt, którzy szanują ich życie (włączając w to także bycie jaroszem) oraz na całą resztę, która z założenia jest zła.

Wśród zalet książki na pewno można wymienić to, że bardzo szybko się ją czyta, jest napisana dobrym językiem. Na pewno nie żałuję, że po nią sięgnęłam. Ale mam nadzieję, że następne książki Olgi Tokarczuk będą bardziej przypominać jej wcześniejsze dokonania literackie…

18:22, karolina_kozlowska , Literatura polska
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 26 lipca 2010
"Przystupa" Grażyna Plebanek

To druga – po „Dziewczynach z Portofino” – książka Grażyny Plebanek, która trafiła do moich rąk. Po poprzedniej lekturze i po recenzjach, w których mowa o tym, że w tej powieści zachwyca socjologiczne tło, miałam dość duże oczekiwania, których niestety „Przystupa” nie spełniła. Nie znaczy to, że książka mi się w ogóle nie podobała – po prostu uważam, że jest dość przeciętna.

„Młoda Polka - łotrzyca współczesnej Europy. Sprząta domy, w których doszorowuje się do niepięknego dna, odsłania brudy zamiecione pod dywan, ściera pozory, fałsz i blichtr. Wędrując z Przystupą, obserwujemy życie polskich katolików i szwedzkich protestantów, kosmopolitów i beznarodowców szukających korzeni i tradycji. Z perspektywy kosza na śmieci przyglądamy się seksualnym ciągotom, przemocy, namiętności, pragnieniu władzy i obsesji robienia kariery, wzlotom i upadkom ludzi sławnych i zwyczajnych. Czy dziewczyna z polskiej wsi to lekarz dusz swoich "państwa", czy awanturnica, której obecność wywołuje spore zamieszanie?”

Teoretycznie śledzimy losy tytułowej Przystupy, jednak tak naprawdę bohaterami książki są kolejne rodziny, u których Przystupa mieszka. O niej samej nie dowiadujemy się zbyt wiele – wiemy, że wyjechała ze wsi w lubelskim do Warszawy, gdyż czuła taki wewnętrzny imperatyw („muszem jechać”). Wiemy, że nie jest wykształcona, że nie jest zbyt ładna, że jest samotna i dość mocno stąpa po ziemi. Tak naprawdę Przystupa jest oczami, przez które widzimy pozostałe postaci.

Najpierw za Przystupą trafiamy do Warszawy, do domu Gwiazdy – nieszczęśliwej „piosenkarki”, którą mąż kreuje na celebrytkę: przygotowuje dla niej piosenki, lansuje ją w mediach, namawia ją na operacje plastyczne. Gwiazda chciałaby uciec z dzieckiem i Przystupą do Szwecji by tam zacząć nowe życie wraz z mężczyzną, którego poznała na swoim koncercie, ale w wyniku zbiegu okoliczności do Szwecji trafia jedynie Przystupa. Tam poznajemy kolejne rodziny, u których sprząta Przystupa –  m.in. rodzinę Hyrów (współczesnych Dulskich – zakłamanych, starających się stwarzać pozory dobrych chrześcijan, które to pozory zostają zdemaskowane) i Panią Słabą (której fiński mąż znęca się nad nią i dziećmi, co prowadzi do tragedii).

Wszystkie postaci są moim zdaniem przerysowane – może dzięki temu nie trzeba się nad książką zastanawiać, ale wolałabym, żeby autorka pozostawiła czytelnikom nieco szerszy margines interpretacyjny. Pomimo tego, że w książce dużo się dzieje, zmieniają się domy, w których mieszka Przystupa, to jednak miałam wrażenie, że niektóre fragmenty są zbyt mocno rozbudowane a przez to nużące. Moim zdaniem z korzyścią dla książki byłoby, gdyby historia była nieco skrócona (szczególnie jakoś taki „przydługi” wydawał mi się pobyt Przystupy w domu Gwiazdy – można by było parę wątków stamtąd usunąć).

Nikomu nie odradzam lektury, ale na liście moich ulubionych książek dla „Przystupy” miejsce się nie znajdzie.

środa, 21 lipca 2010
"Czarnobylskie truskawki" Vesna Goldsworthy

Przyznam, że początkowo podeszłam do tej książki z dość dużą rezerwą - trochę się bałam, że mi się nie spodoba, że nie będę umiała odnaleźć się w pofragmentaryzowanej akcji, albo że język, jakim jest napisana, okaże się trudny w odbiorze. Tak się jednak nie stało - od pierwszych stron książka mnie urzekła i wtopiłam się w jej klimat.

„W pewnym momencie swojego życia Vesna Goldsworthy - dziennikarka, pisarka, eseistka - dowiedziała się, że jest chora na raka. I że w razie śmierci jej dwuletni, wychowywany w Anglii syn, straci ostatnie ogniwo łączące go z bałkańską historią jego rodziny, ze swymi bałkańskimi korzeniami.

Taka jest genealogia Czarnobylskich truskawek - "książki dla Alexandra". Ale "książka dla Alexandra" szybko okazała się być pasjonującą lekturą dla całej rzeszy czytelników - zarówno z zachodniej, jak i z południowej Europy. Autorka (rocznik 1961, pochodzenie czarnogórsko-hercegowińskie) przeplata w swojej opowieści wspomnienia z dzieciństwa i młodości w titowskiej Jugosławii z burzliwymi losami Bałkanów (m. in. historia prababki, która nie ruszając się z domu, mieszkała w pięciu różnych państwach). Okres dojrzały to emigracja do Anglii i przejmująco, lecz bez sentymentalizmu ukazana choroba, z którą zmaga się pisarka: mamy tutaj refleksje na temat życia na wyspie, z brytyjskim mężem, mamy znakomicie opisaną specyficzną interakcję z brytyjskością i kulturą brytyjską, a także wnikliwe rozważania o tożsamości narodowej (w tym przypadku: nieskrywana jugonostalgia połączona z lojalnością wobec Zjednoczonego Królestwa) i o istocie języka”.

To rzeczywiście nie jest sentymentalna próba rekonstrukcji własnej biografii w obliczu śmiertelnej choroby. To zbiór fantastycznych anegdot, dzięki którym stajemy się świadkami burzliwej historii Bałkanów - począwszy od wspomnień dziadków z okresu Królestwa Austro-Węgierskiego, przez pierwszą i drugą wojnę światową, epokę Tito, aż po naloty NATOwskie w latach 90-tych. Ponadto odnajdujemy tu bardzo interesujące przemyślenia autorki na tematy językowo-kulturowe, tożsamości narodowej (ale to nie intelektualne wywody, przez które ciężko by było przebrnąć - nie ma w nich zbędnej filozofii, jest za to dużo emocji). Są momenty śmieszne, są momenty tragiczne, wszystko razem tworzy dobrze skomponowaną mozaikę, którą czyta się z przyjemnością.

Titowska Jugosławia - do tej pory nieznana mi w zasadzie wcale - niby momentami podobna do PRLowskiej Polski, ale jednak sporo się od niej różniąca. Z jednej strony odnajdziemy w niej różne absurdy, niczym z naszego "Misia" (moim zdaniem dobrze to oddaje poniższy cytat: „Moim największym sukcesem poetyckim okazał się udział w obchodach 92. urodzin Towarzysza Tito, albo raczej tym, co byłoby jego 92. urodzinami, gdyby nie umarł tuż przed skończeniem 88 lat”.) lub - także dziwnie znajomo brzmiąca - anegdota o czterech dostępnych w owym czasie kompletach mebli do dużego pokoju, dzięki czemu niezależnie od tego do czyjego domu się poszło, albo czyj dom był pokazywany w telewizji, człowiek czuł się dobrze i swojsko, bo taką samą aranżację mieszkania znał doskonale z autopsji. Ale jednak kraj inny - przede wszystkim dlatego, że różni się temperamentem i osobowością mieszkańców, sposobem ich myślenia i postrzegania świata.

Choć, jak napisałam wcześniej, książka nie gra na tanich emocjach, to jednak są w niej takie fragmenty, które wzruszyć mogą (a już na pewno takiego czytelnika jak ja, który potrafi uznać zakończenie kryminału za wzruszające…). A jeśli kogoś nie wzruszą, to sądzę, że skłonią chociaż do chwili refleksji.

I na koniec jeszcze takie jedno zdanie, które też mi się bardzo spodobało: „Moje komunistyczne wychowanie, moje wychowanie w komunizmie, uczące, jak żyć bez wiary w to, co się mówi, i jak akceptować rzeczywistość bez zadawania pytań, okazało się niezwykle przydatne w życiu zawodowym. Zdobytą w dzieciństwie umiejętność można wykorzystać i na Wschodzie, i na Zachodzie. Jest kapitałem, który przyda się wszędzie.”

I link do rozmowy z Vesną Goldsworthy: http://www.polityka.pl/swiat/analizy/240799,1,serbska-pisarka-vesna-goldsworthy-o-jugoslawii.read?backTo=http://www.polityka.pl/swiat/obyczaje/1504792,1,tuning-po-serbsku-z-nostalgia-w-tle.read

niedziela, 18 lipca 2010
"Kair, historia pewnej kamienicy" Alaa Al Aswany

To chyba pierwsza książka egipskiego autora, jaką czytałam (na pewno pierwsza, jaką czytałam ze świadomością, że jest napisana przez egipskiego autora; może wcześniej też na coś egipskiego trafiłam, ale nie pamiętam). W ogóle nie czytałam zbyt wiele książek, które opowiadałyby o społeczeństwach muzułmanskich, co uważam za błąd - ostatnio, kiedy na takie lektury trafiam, to bardzo mi się podobają.

"Życie pod dachem starej kairskiej kamienicy nie jest łatwe, ale zupełnie beznadziejnie żyje się w blaszakach na jej dachu. Tam mieszkają biedacy, wśród nich Taha bez szans na przyjęcie do Akademii Policyjnej czy piękna Busejna wykorzystywana seksualnie przez właściciela sklepu. Bogacze, którzy zajmują dolne piętra, też nie są zbyt szczęśliwi. Podstarzały playboy Zaki ad Dassuki z coraz większym trudem zdobywa przychylność kobiet, a wzięty dziennikarz Hatim Raszid płaci wysoką cenę za swoje homoseksualne związki. Nawet przedsiębiorczy Azzam, który może wprawdzie kupić sobie miejsce w parlamencie za milion funtów i drugą żonę za dwadzieścia tysięcy, musi się mieć na baczności przed skorumpowanymi politykami. Wygląda na to, że nakazów Koranu przestrzega jedynie Bractwo Muzułmańskie. Ale członkowie Bractwa organizują krwawe zamachy. Polakom Egipt kojarzy się przede wszystkim z atrakcyjnymi wakacjami. Dzięki tej książce poznają inne oblicze tego fascynującego kraju."


Kamienica Jakobina - przed rewolucją miejsce, które zamieszkiwała kosmopolityczna arystokracja, z czasem zmienia swoje oblicze. Staje się miejscem, w którym świat bogatych spotyka się ze światem biednych. Jednak ani ci, ani ci nie mogą być szczęśliwi.

Dlaczego warto przeczytać tę książkę? Na przykład po to, żeby dowiedzieć się, jak bieda i brak możliwości spełnienia swoich marzeń mogą doprowadzić do fanatyzmu religijnego i skąd biorą się terroryści dokonujący krwawych zamachów w imię Allaha. Albo po to, żeby zobaczyć jak w krajach rozwijających się miesza się świat polityki i biznesu. Albo po to, żeby przekonać się, że życie kobiet w naszym kręgu kulturowym jest dużo prostsze.

Jeden z bohaterów - Hadżi Azzan - kupuje sobie żonę. Czymże jest europejska intercyza majątkowa w porówaniu do zasad określających to małżeństwo:

"1. Suad (to małżonka) przyjedzie do kairu, będzie mieszkać u niego (Hadżiego) i zostawi swojego syna Tamira pod opieką matki w Aleksandrii, przy czym bedzie go mogła odwiedzać "o odpowiednim czasie".

2. Hadżi Azzam kupi Suad biżuterię za 10 000 funtów jako prezent zaręczynowy i zapłaci jej 20 000 funtów. W wypadku rozwodu suma, którą jej ofiaruje, nie może być mniejsza niż 5000 funtów.

3. Małżeństwo pozostanie tajemnicą. Jeśli Hadża Salha, pierwsza żona, dowie się o zawarciu drugiego związku, Hadżi Azzam musi rozwieść się z Suad.

4. Małżeństwo jest zawarte zgodnie z prawami Boga i Jego Proroka, ale Hadżi nie wyraża zgody na posiadanie potomstwa."

Ponieważ koniec książki jest niestety dość przewidywalny i brutalny, można się domyślić, że to małżeństwo nie zakończyło się szczęśliwym przestrzeganiem przytoczonych wyżej 4 zasad.

Większości pozostałych bohaterów też nie uda się zaznać spokoju...

Książkę polecam, a sama czekam aż w Polsce ukażą się inne tytuły tego autora.

21:23, karolina_kozlowska , Literatura egipska
Link Komentarze (3) »
piątek, 16 lipca 2010
"Bez śladu" – Barclay Linwood

Thriller – zważywszy na nieustające upały, niewątpliwie trafniejszy wybór lektury niż poprzednie „Sercątko” (należące – jak to wczoraj przeczytałam na jakiejś stronie internetowej – do tzw. „literatury trudnej”).

Nastoletnia Cynthia budzi się któregoś poranka po wieczornej kłótni z rodzicami i z przerażeniem odkrywa, że jej rodzice oraz brat zniknęli. Policyjne dochodzenie do niczego nie prowadzi, rodzina zapadła się jak kamień w wodę. To tragiczne wydarzenie pozostawia oczywiście trwały ślad na psychice Cynthii, która po 25 latach od tajemniczej nocy wciąż nie może się do końca otrząsnąć z dramatycznych przeżyć. Jest nadopiekuńczą matką dla swojej 8-letniej córki Grace, szuka pomocy u psychoanalityka, występuje w telewizyjnym programie mając nadzieję, że odnajdzie kogoś, kto pomoże jej wyjaśnić zagadkę z przeszłości. Początkowo nie wiadomo, czy znaki, jakie zaczyna dostrzegać Cynthia są wytworem jej wyobraźni, czy rzeczywiście ktoś do niej dzwoni z informacją, że rodzina jej wybaczyła, włamuje się do jej domu, zostawia w kuchni kapelusz należący do jej ojca. Z czasem akcja się komplikuje, ciotka Cynthii zostaje zamordowana, ginie także prywatny detektyw, którego Cynthia wynajęła do wyjaśnienia zagadki sprzed lat.

Cała narracja prowadzona jest przez męża Cynthii, któremu udaje się w końcu poznać prawdę o tym, co naprawdę zdarzyło się 25 lat wcześniej.

Druga połowa książki jest bardziej dynamiczna, całość dość klasycznie skonstruowana – wraz końcowym zwrotem akcji, dzięki któremu wyjaśnia się kilka spraw, których rozwikłanie samej zagadki sprzed lat nie tłumaczyło.

Są lepsze thrillery, są książki bardziej ambitne – ale tę czyta się dobrze i na wakacyjną lekturę jest w sam raz.

środa, 14 lipca 2010
"Sercątko" Herta Muller

Sercątko

Upał zepsuł mi przyjemność czytania tej książki. To zdecydowanie nie jest lektura na taką pogodę. Poetycki język wymaga większej koncentracji, a ponad 30 stopniowa temperatura i ogromna duchota panująca w ostatnich dniach (szczególnie w tramwajach) temu nie sprzyjają.

Trudno mi nawet określić, czy książka mi się podobała, czy nie. Z jednej strony mnie wciągnęła, z drugiej – zmęczyła. Ale nie wiem, czy to ona, czy ten upał… Historia opisana przez Hertę Muller (lub jak woli mój mąż, niewątpliwie bardziej zainteresowany piłką nożną niż książkami tej noblistki – Hertę Berlin) sama w sobie jest bardzo prosta, ale sposób, w jaki historia zostaje opowiedziana już taki prosty nie jest. Rumunia, czasy dyktatury Ceaucescu, środowisko mniejszości niemieckiej. Tak, jak głosi recenzja na okładce:

 

Akcja powieści toczy się w komunistycznej Rumunii w środowisku mniejszości niemieckiej. Czworo przybyłych ze wsi na studia w mieście młodych ludzi zaprzyjaźnia się po zagadkowej śmierci Loli, koleżanki z akademika. Żyją ze świadomością, że są śledzeni. Policja przeszukuje ich rzeczy, mieszkania rodziców, kontroluje listy... Hertha Müller przedstawia koszmar życia ludzi za dyktatury Ceaucescu.

Nie tylko studentów, także chłopów, robotników, młodych i starych, zdrowych i chorych, szarych i zmęczonych ludzi, którym wolno było jedynie oklaskiwać poczynania władzy. Niezwykła forma i fascynujący poetycki język powodują, że opisane wydarzenia głęboko poruszają i pozostawiają trwały ślad w pamięci.

 

Jedną z głównych zalet tej książki jest właśnie język, jakim jest napisana – nie jestem oczytana w literaturze Europy Południowo-Wschodniej, ale na podstawie tych kilku książek z tego rejonu, które czytałam, mam wrażenie, że to jest jeden z elementów tę literaturę wyróżniających. Niewątpliwie język staje się jednym z głównych bohaterów utworu. Jeśli się lubi ten rodzaj narracji, polubi się „Sercątko”.

wtorek, 13 lipca 2010
"Niebezpieczna fortuna" Ken Follett

Na okładce książki czytamy:

„Majowe popołudnie 1866 roku staje się punktem zwrotnym w życiu kilkorga młodych ludzi, w różny sposób powiązanych z rodziną londyńskich finansistów, Pilasterów. Dwaj kuzyni toczą trwający dwadzieścia lat pojedynek o przejecie kontroli nad potężnym bankiem rodzinnym, który bogaci się na podejrzanych operacjach finansowych z nękanym wojną domową krajem Ameryki Południowej. Hugh reprezentuje talent, pracowitość i bezkompromisowość, Edward - chorobliwą ambicję, brak skrupułów i nieuczciwość. Szokująca tajemnica z przeszłości wyciśnie piętno na ich losach, doprowadzając do zbrodni...”

Książka jest naprawdę dobrze napisana, akcja fajnie skonstruowana i chce się czytać dalej. Mimo, że dzieło do najcieńszych nie należy, czyta się naprawdę szybko, jak się sięgnie po książkę, to strony same się dalej odwracają. Nawet w taki upał.

Bohaterowie oczywiście od samego początku dzielą się na dobrych i złych. Ci dobrzy na końcu – po wielu perturbacjach – odnoszą sukces i odnajdują szczęście w miłości, a źli kończą tak, jak na czarne charaktery przystało.

Choć miasto nie jest szczegółowo opisane i pojawia się jedynie jako tło, to wielką przyjemność sprawiło mi czytanie o rozwijającym się XIX-wiecznym Londynie. Nie znam Londynu, ale mimo to z zaciekawieniem czytałam o rozwijających się „nowych” dzielnicach na obrzeżach, które dziś znamy jako „serce” miasta.

No i jeszcze jedno – czytając tę książkę widzi się, że kryzys finansowy jest zjawiskiem permanentnym i niezależnie od momentu historycznego banki zawsze będą skazane na chwile słabości ;-)

12:17, karolina_kozlowska , Literatura angielska
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 lipca 2010
Próba rekonstrukcji książek przeczytanych w pierwszym kwartale

Nie wiem, czy mi się uda wymienić dobrze wszystkie tytuły, no ale spróbujmy:

1) Paragraf 22

2) Zamek z piasku, który runął

3) Zmierzch

4) Księżyc w nowiu

5) Zaćmienie

6) Przed świtem

7) Sześciu podejrzanych

8) Pod kopułą

9) Ta, którą nigdy nie byłam

10) Szminka w wielkim mieście

11) Morderca bez twarzy

12) Gottland

13) Montedidio

14) Pożyczona miłość

15) Córka fortuny

16) Nowohucka telenowela

17) Przygoda fryzjera damskiego

18) Rabin

19) W pogoni za szczęściem

20) Filary ziemi

21) Płacząca Zuzanna

22) Cygańska madonna

23) Powroty nad rozlewiskiem

24) Kolory miłości

25) Zupa z granatów

26) Dom Augusty

27) Fortepian we mgle

28) Przerwane milczenie

29) Droga

30) Kafka nad morzem

31) Żona dyplomaty

 

Nie wiem, czy udało mi się wymienić wszystkie tytuły. Teraz spróbuję na bieżąco, to powinno być mniejsze wyzwanie.

22:08, karolina_kozlowska
Link Komentarze (3) »
Na początek...

W styczniu dostałam na facebooku zaproszenie do grupy "52 książki w 2010 roku". Wydawało mi się, że tempo czytania jednej książki na tydzień jest dla mnie za duże. Ale zaproszenie przyjęłam - tak jak to się przyjmuje zaproszenia do różnych grup na facebooku. Z początku szło mi bardzo ciężko - trafiały mi się same takie lektury, z którymi długo się męczyłam, nie miałam nastroju do czytania, a tramwaje (gdzie zazwyczaj odbywa się lwia część mojego czytania) były zapchane i nie dało się swobodnie wyciągnąć podczas jazdy książki. O istnieniu grupy zapomniałam. Ale na wiosnę jakoś "przyspieszyłam". Przypomniałam sobie o tej grupie i stwierdziłam, że jak najbardziej jest możliwe spełnienie jej założeń, ba - że przeczytanie jednej książki na tydzień to wcale nie jest wygórowana ilość, przy korzystnych wiatrach można swobodnie przeczytać i ze dwie, albo trzy...

Nigdy nie zapisywałam tytułów przeczytanych książek. Ostatnio zaczęłam tego żałować. Odtworzenie listy przeczytanych książek jest w tej chwili niemożliwe, nie jestem w stanie sobie w stanie przypomnieć tytułów wszystkich książek przeczytanych choćby w zeszłym roku, a co dopiero kilka czy kilkanaście lat temu.... A szkoda, bo chciałabym zobaczyć taką listę moich lektur. Chciałabym ją policzyć. Ciekawe ile miejsca na półce by zajęły, gdyby je ułozyć jedna koło drugiej?

Listy wszystkich książek nie odtworzę, ale chciałabym spróbować chociaż odtworzyć listę tegorocznych lektur. I systematycznie dopisywać na niej kolejne tytuły, tym razem już na bieżąco. Wraz z jakąś myślą przewodnią, taką, która w przyszłości przypominałaby mi o okresie, w którym daną książkę czytałam, o tym, co najbardziej mi się w tej książce spodobało, a co najbardziej zawiodło.

20:33, karolina_kozlowska
Link Komentarze (3) »

PustaMiska - akcja charytatywna