niedziela, 30 stycznia 2011
"Najdłuższa podróż do domu" John Grogan

Druga autobiograficzna powieść autora "Marley i ja" jest moim zdaniem bardzo udana. Tym razem John Grogan nie opowiada już o zabawnych perypetiach swojego labradora, lecz koncentruje się na swoich relacjach z rodzicami. Relacjach wcale nie łatwych.

Rodzice Grogana byli niezmiernie religijni, ich głównym celem życiowym było wychowanie swojej czwórki dzieci na dobrych katolików. A John już podczas swojej pierwszej spowiedzi świętej (opisanej zresztą z dużą dawką humoru - podobnie jak i inne historie) przekonał się, że trwanie w wierze i stosowanie się do wszystkich przykazań kościoła jest dla niego zbyt dużym wyzwaniem...

Opowieści o szkolnych problemach, wygłupach z kolegami, przekraczaniu różnych granic (pierwszy - niezbyt udany - pocałunek, pierwszy zakup paczki papierosów, pierwszy skręt), następnie o czasach studiów, pracy, małżeństwie, pojawieniu się na świecie dzieci - na każdym etapie autor musiał dokonywać wyborów, które stały w sprzeczności z tym, czego oczekiwaliby od niego rodzice. Jednocześnie zdanie rodziców nigdy nie przestało być dla niego ważne; nie chciał ich zawieść, ale chciał żyć po swojemu. I nie zawsze wiedział, jak te dwie rzeczy połączyć.

Całość napisana jest z humorem - nawet w dość wzruszającej ostatniej części, która opowiada o chorobie i śmierci ojca, nie ma wymuszonego patosu. Książkę czyta się bardzo dobrze, Grogan ma umiejętność zamknięcia ważnych i skomplikowanych tematów w krótkich, zabwnych anegdotach. Polecam.

 

sobota, 29 stycznia 2011
Sobotnie zakupy

Przypadkowa wizyta w nowym antykwariacie ("Myszy i ludzie", Łódź, ul. Piotrkowska 101 - strony internetowej niestety znaleźć nie mogę, może się pojawi jeszcze, miejsce działa od 2 tygodni dopiero) zakończyła się zakupem kilku książek:

 

 

Od dołu:

- "Hamida z zaułka Midakk" Nadżib Mahfuz

- "Obojętni" Alberto Morivia

- "Miazga" Jerzy Andrzejewski

- "Niezaykła podróż Pomponiusza Flatusa" Eduardo Mendoza

- "Czarodziejska góra" Tomasz Mann

- "Wojna końca świata" - Mario Wargas Llosa

Do tego pan właściciel dorzucił jeszcze w prezencie od firmy kieszonkowe wydanie "Starego" Williama Faulknera :-)

Pozostaje tylko znane już pytanie: "kiedy to wszystko zdążę przeczytać?"...

20:20, karolina_kozlowska
Link Komentarze (7) »
środa, 26 stycznia 2011
"O pięknie" Zadie Smith

Jest to trzecia książka Zadie Smith, po którą sięgnęłam: "Białe zęby" przeczytałam z przyjemnością, "Łowcę autografów" przerwałam mniej więcej w połowie (co ogólnie bardzo rzadko mi się zdarza - staram się zawsze doczytać książkę do końca, choćby po to, by spojrzeć na nią całościowo i mieć pewność co do jej oceny). I jest bardzo prawdopodobne, że "O pięknie" też bym przerwała, gdyby nie fakt, że wzięłam ją ze sobą do pociągu i podczas podróży byłam na nią "skazana". W sumie nie żałuję, bo druga połowa nawet mnie wciągnęła. Choć zachwycona książką nie jestem.

Osią konstrukcyjną "O pięknie" jest konflikt pomiędzy dwoma profesorami specjalizującymi się w malarstwie Rembrandta: Howardem Belseyem oraz Montym Kippsem. Ten pierwotnie zawodowy konflikt z czasem rozprzestrzenia się na inne dziedziny i trochę komplikuje życie całych rodzin, jako że pozostali ich członkowie nie podzielają tej wzajemnej nienawiści - akcja zaczyna się od e-mailowej korespondencji Howarda z synem, który przez pewien okres robił staż u Monty'ego Kippsa, mieszkał u niego w domu, był pod dużym wrażeniem atmosfery, jaka w domu tym panuje i pod jeszcze większym wrażeniem córki Monty'ego - pięknej Vee. Także żony naukowców nie uczestniczą w polemice mężów i zaprzyjaźniają się ze sobą. Choć dzieli je naprawdę sporo - rodzina Belseya jest otwarta i liberalna, podczas gdy rodzina Kippsa bardzo konserwatywna; mają inne spojrzenie na świat, wyznają inne ideały. Choć, jak się z czasem okazuje, przekonania i pozory to jedno, a rzeczywiste ludzkie zachowania to coś innego...

Choć postaci w powieści Zadie Smith są bardzo wyraziste i ciekawie skonstruowane, choć akcja jest dość wartka, choć tematy w niej poruszane - choćby takie jak tożsamość etniczna, religijna, muiltikulturowość - interesują mnie i lubię o nich czytać, to jednak całość jakoś mi się nie do końca komponowała.

18:47, karolina_kozlowska , Literatura angielska
Link Komentarze (2) »
czwartek, 20 stycznia 2011
"Miłość" Hanne Orstavik

Znów recenzja "z opóźnieniem" - jakoś nawet czas na to, żeby czytać udaje mi się znaleźć, ale żeby potem napisać o tym, co przeczytałam, to już niebardzo...

Cieniutka "Miłość" to opowieść o jednym wieczorze w małym, bezimiennym, mroźnym norweskim miasteczku. Jej bohaterami są matka (Vibeke) i syn (Jon). Jon nie może się doczekać się swoich dziewiątych urodzin, które wypadają nazajutrz. Chcąc nie przeszkadzać swojej mamie w przygotowaniach do tego święta i w upieczeniu dla niego tortu-niespodzianki, spędza wieczór poza domem. Czy Vibeke też nie może się doczekać urodzin syna? Nie wiemy. W każdym razie nie spędza wieczoru w domu tak, jak to sobie wyobraża Jon.

Od samego początku wiemy, że historia ta nie skończy się happy endem (jest to nawet napisane na okładce) i czekamy na to zapowiedziane złe wydarzenie. A autorka bawi się trochę z nami tą konwecją thrilleru, "narażając" bohaterów na wiele zdarzeń, do których czytelnik od razu może dorobić sobie w wyobraźni tragiczne zakończenie.

To, co przytrafia się bohaterom podczas tego wieczoru pokazuje, jak bardzo są oni samotni. W miasteczku nie znają zbyt wielu osób, dopiero niedawno się do niego wprowadzili. Okazuje się, że Jon nie tylko nie ma szolnych kolegów, z którymi mógłby bawić się jak inne dzieci w jego wieku, ale brakuje mu także rodzinnego ciepła, w jego relacjach z mamą nie takiej bliskości, zaufania i przyjaźni, jakiej potrzebuje. Vibeke zaś czuje się przede wszystkim samotna jako kobieta - wiemy, że jej związek z ojcem Jona się rozpadł. Nie zależy jej na znalezieniu stałego partnera, ale szuka kogoś, kto choć przez chwilę mógłby stać się jej bliski.

Storzona przez Hanne Orstavik historia niewątpliwie jest przejmująca. Świetnie opisane są emocje bohaterów - czytając rzeczywiście można było poczuć to, co czuli oni, łącznie z norweskim mrozem, prznikającym do szpiku kości...

Ale lektura ta trochę mnie zmęczyła. Pomimo wspomnianej już niewielkiej objętności książki. A wszystko przez to, że od początku czekałam na owo złe wydarzenie, zapowiedzianą tragedię. Ta thrillerowska atmosfera nie pasowała mi do poruszonych w "Miłości" tematów i problemów. Choć niewątpliwie sprawia, że książka jest oryginalna.

poniedziałek, 17 stycznia 2011
"Dzienniki z Spandau" Albert Speer

Albert Speer - jeden ze skazanych w procesie norymberskim. Na 20 lat więzienia. Jako jedyny spośród sądzonych przyznał, że czuje się odpowiedzialny za zbrodnie III Rzeszy. Uważał, że każda z osób, które zajmowala kierownicze stanowisko powinna czuć się za nie winna. Jak z perspektywy więzienia oceniał swoje życie? Z czego był zadowolony, a czego sam nie umiał zrozumieć? Lektura dzienników, jakie zaczął pisać jeszcze w Norymberdze i kontynuował przez cały okres spędzony w Spandau dostarcza nam wielu odpowiedzi.

Kiedy przeczytałam, że otrzymał wyrok 20 lat, początkowo wydało mi się, że to nie jest surowy wyrok. W miarę lektury coraz bardziej rozumiałam, że jednak ten wyrok wcale taki łagodny też nie był. Może nawet pod pewnymi względami jest to cięższy wyrok niż kara dożywocia? Po takim wyroku człowiek wraca do społeczeństwa, w którym musi się jakoś odnaleźć. Więźniowie kończący odsiadywać tak długie wyroki bardzo często przed wyjściem z więzienia mają powazne problemy psychiczne, boją się powrotu to świata zewnętrznego, którego tak naprawdę nie znają... Kwestia na pewno sporna, powroćmy więc do Alberta Speera.

Był on z wykształcenia architektem. Nie określa siebie jako nazisty, nie był też az tak zapatrzony Hitlera jak inni współwięxniowie osadzeni razem z nim w więzieniu. Do NSDAP zapisał się dlatego, że umożliwiało mu to realizację planów zawodowych. Był inteligenty, błyskotliwy, szybko został dostrzeżony i otrzymał posadę generalnego inspektora budowlanego. Gdyby do końca wojny zajmował właśnie to stanowisko, w procesie norymberskim z pewnością sądzony by nie był. Ale w 1942 r. został mianowany ministrem uzbrojenia i amunicji. Był odpowiedzialny za znaczący rozwój niemieckiej produkcji wojennej. W zakładach zbrojeniowych, które nadzorował, zatrudniani byli przymusowi robotnicy. I to właśnie za organizację pracy przymusowej został skazany w Norymberdze.

Speer zaczął prowadzić swoje zapiski jeszcze przed procesem. Zapiski oczywiście prowadził potajemnie. Większość z nich na papierze toaletowym, który był jedyną niereglementowaną formą papieru, jaką dysponowali więźniowie. Dzięki współpracy ze strażnikami, udawało się te notatki wysyłać do świata zewnętrznego.

Speerowi zależało na tym, żeby wykorzystać jakoś czas spędzony w więzieniu, skrupulatnie dobierał sobie literaturę, chciał się dokształcać by po wyjściu z więzienia dalej pracować jako architekt. Chciał opisać swoje przemyślenia związane z wojną, zrozumieć sam siebie i powody, dla których znalazł się w najbliższej świcie Hitlera. Naprawdę zastanawiające jest, jak to się stało, że tacy inteligentni ludzie uwikłani byli w ten system. Gdyby to byli ludzie organiczeni, łatwowierni, ślepo zapatrzeni w swoje ideały, łatwiej by było to wszystko sobie przetłumaczyć i zrozumieć...

Lektura tych dzienników jest wciągająca i kształcąca. Polacem :-)

22:17, karolina_kozlowska , Literatura niemiecka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 10 stycznia 2011
"Trzy rozmowy Teresy Torańskiej"

Znalazłam książkę wśród świątecznych prezentów pod choinką :-)

Trzy rozmowy z ocalonymi z Zagłady.

Każda z nich zupełnie inna.

Pierwszą, najobszerniejszą, Teresa Torańska odbyła z Michałem Bristigerem. Urodzony na początku lat 20 w Jagielnicy na Podolu, przed wojną zaczął studia medyczne. Dokończył je po wojnie. Jednak to nie medycyną, ale muzyką postanowił się w życiu zająć. Ukończył muzykologię, obecnie jest profesorem. Jego rozmowa z Teresą Torańską koncetruje się wokół przeżyć wojennych - jest to niezwykła opowieść o tym, jak udało mu się najpierw przetrwać pierwsze wojenne lata we Lwowie, a następnie w 1943 przedostać z Ukrainy do Włoch.

Rozmowa druga z Michałem Głowińskim, profesrorem Instytutu Badań Literackich PAN w mniejszym stopniu dotyczy jego przeżyć wojennych (a był on wraz z rodziną przesiedlony w 1940 roku do getta warszawskiego, udało mu się uciec na stronę aryjską w 1943 r.), skupia się raczej na sytuacji Żydów we wczesnych latach PRLu. W dużym stopniu jest to analiza języka, jakim się wówczas posługiwano, w jaki zwracano się do Żydów i w jaki o nich pisano i mówiono.

Ostatnia część to rozmowa z Adamem Danielem Rotfeldem, byłym ministrem spraw zagranicznych. Dotyczyła jego dzieciństwa a także okresu powojennego - studiów, pracy, pierwszych sukcesów zawodowych, prób zwerbowania na TW.

Ta ostatnia rozmowa podobała mi się najbardziej. Może dlatego, że losy Adama Rotfelda były tak interesujące. Jednak wszystkie rozmowy oceniam jako bardzo dobre. Choć, poza ostatnim rozmówcą, postaci z którymi rozmawiała Torańska nie były mi wcześniej znane. Ale to nie o to chodzi, żeby czytać rozmowy z ludźmi znanymi, tylko z osobami ciekawymi, które mają coś do opowiedzenia. A takimi osobami są z pewnością bohaterowie tych rozmów :-)

wtorek, 04 stycznia 2011
"Ballada o dobrym dresiarzu" Marek Kochan

Tak naprawdę, to wpis powinien się znaleźć na blogu jeszcze z zeszłoroczną datą, ale jakoś pod koniec roku na pisanie mi się nie zebrało...

"Ballada o dobrym dresiarzu" to zbiór opowiadań, które łączy to, że bohaterem każdego z nich jest osoba(osoby) w większym lub w mniejszym stopniu związana z Warszawą. Bardzo liczyłam na to, że bohaterem będzie też samo miasto (bowiem o miastach czytać lubię bardzo), ale niestety nie...

Poziom opowiadań nie jest równy. Ze dwa naprawdę mi się bardzo podobały i z czystym sumieniem mogę je polecić. Większość jest przeciętna, a kilka jest po prostu nudna i słaba.

Kochan stara się w jak największym stopniu pisać "językiem ulicy" - bohaterami opowiadań, jak sam tytuł wskazuje, często są dresiarze. Niezbyt mi taka narracja przypadła do gustu. Być może jest ona wiernym odzwierciedleniem języka, jaki w tych grupach się używa, nie wiem, nie mam na szczęście z takim językiem na co dzień kontaktu ;-)


18:40, karolina_kozlowska , Literatura polska
Link Dodaj komentarz »

PustaMiska - akcja charytatywna